sobota, 30 listopada 2013

30. Nie ma nikogo lepszego.

Rano szybko zjadłam śniadanie, ubrałam się i na telefon Iris wyszłam z domu. Po dwóch godzinach dojechaliśmy na miejsce festiwalu, spokojnie czekałam sobie w garderobie na swoją kolej na próbie dźwięku, kiedy do środka wpadła dziewięcioosobowa chmara w postaci The Wanted & Lawson.
- O rany, więcej was matka nie miała? - zaśmiałam się i każdego po kolei uściskałam.
Jestem też prawie pewna, że nikt nie widział, jak Nathan ukradkiem dał mi buziaka w policzek.
- Co ci się stało, biedne dziecko? - spytał Ryan.
- Chochliki zastawiły na mnie pułapkę w postaci kabla na środku przejścia.
- Taa, to mogło zdarzyć się tylko tobie - stwierdził Adam.
- Uznam to za komplement.
Do środka wpadła Iris.
- Emma, próba - podniosła wzrok zna telefonu. - O matko, skąd was tu tyle? - spytała na widok wszystkich. - Nieważne, szybko, szybko, nie mamy czasu - popędziła.
- Iris, nawet jakbym chciała, mam ograniczoną prędkość - powiedziałam biorąc kule i mijając ją.
Zgrabnie zeszłam z trzech schodków i kuśtykałam sobie o kulach aż...
- Skąd się wzięło to błoto?! Przecież nie padało od tygodnia - nie było opcji, żebym przeszła, bo kule ugrzęzłyby mi w błocie, a to była jedyna droga na scenę.
Na moje szczęście napatoczył spóźniony jak zwykle Matt.
- Ty, stój - \zagrodziłam mu kulą drogę. - Musisz mnie tam wnieść - powiedziałam.
- Płacisz to wymagasz - wzruszył ramionami i wziął mnie na ręce.
- Dzięki - powiedziałam, kiedy postawił mnie na scenie. - Iris, jaka kolejność? - spytałam, kiedy już wsadziłam sobie odsłuch do uszu i dostałam mikrofon do ręki.
- Taka jak na trasie, z tym, że ostatnie jest "4ever".
- Czyli "Ghetto Baby" - Iris uparła się, że jednak będę dalej do śpiewać, przynajmniej do czasu wydania płyty - "Locked Out Of Heaven", "Ego", "Made", "Black Box" i "4ever"?
- No przecież właśnie to powiedziałam. Ale nie próbujcie wszystkiego nie mamy tyle czasu, za godzinę wpuszczają ludzi, do tego czasu scena musi być przygotowana dla... kogoś tam - machnęła ręką.
- Oki doki.
Zagraliśmy trzy piosenki i zgodnie z zaleceniami Iris szybko zmyłam się ze sceny. W garderobie czekała już na mnie makijażystka, która zajęła się moją twarzą i włosami, taka była wielofunkcyjna. Szybko też przebrałam się w zestaw na scenę.

I Iris i mama cały czas czepiały się, że ubieram się zbyt zwyczajnie na scenę. Oh well, Little Mix ubierają się wystarczająco nadzwyczajnie, ktoś musi wprowadzić trochę prostoty. A propo Little Mix właśnie występowały, kiedy zlokalizowałam Maxa i Andy'ego i razem z nimi oglądałam występ. Po chwili przyszedł też Nathan.
- Siema - uśmiechnęłam się i wyciągnęłam rękę do przybicia piątki, Nathan na szczęście zajarzył, o co chodzi, bo inaczej wyglądałoby to głupio. 
- Siema, ładnie wyglądasz.
- A dziękuję. 
- Zaraz wracam - powiedział po przeczytaniu smsa na telefonie. 
- A ten gdzie pognał? - spytał Max.
- Nie mam pojęcia - wzruszyłam ramionami. 
Żartowaliśmy sobie w trójkę, słuchaliśmy muzyki, po chwili poczułam, że ktoś za mną stoi. Odwróciłam się i...
- Daley! - krzyknęłam i rzuciłam mu się na szyję. - Co ty tu robisz?
- Słucham Little Mix - kiwnął głową w stronę sceny. - Nie no, wiesz, nie chcę być pod kreską, to wpadłem.
- Awww, oglądałeś wczorajszy wywiad?
- Taa, nie miałem wyjścia, Sophie i Nikita u mnie były, okupiły telewizor. 
- Taa, miło słyszeć, że cały dzień pilnowałeś, żeby nie przegapić mnie w telewizorze - poklepałam go w ramię. - Aha! Już wiem, gdzie przed chwilą zniknąłeś - oskarżycielko wskazałam palcem na Nathana. - Poszedłeś po niego!
- Brawo, Sherlocku - wtrącił Andy. - Nie domyślilibyśmy się, kiedy przyszli razem. 
- Andy, jeśli myślisz, że nie dam rady skopać ci tyłka tylko dlatego, że masz metr dziewięćdziesiąt, a ja nogę w gipsie, to się grubo mylisz - stuknęłam go kulą w nogę. 
- Dobra, dobra, groźna jesteś, wierzę na słowo - uniósł ręce w obronnym geście.
- Ha, więcej, z tymi kulami jestem nawet w stanie dosięgnąć czubka twojej głowy bez stawania na palcach i wyciągania ręki w górę!
Andy miał metr dziewięćdziesiąt, z moimi stu sześćdziesięcioma centymetrami wzrostu ciężko było poklepać go po głowie. 
- Niestety nie możesz mi tego zademonstrować, bo w tym momencie spadam przygotować się do występu.
- Na razie - powiedzieliśmy chórem, a Andy poszedł do garderoby się przygotować. Na jego miejsce po chwili przyszedł do nas Tom, Parker tym razem. Po dłuższej chwili na scenę weszli Lawson, zaśpiewali wszystkie single i jakieś covery, po nich mieli występować Union J, a po nich była pora na mnie, więc zmyłam się do garderoby, podpiąć odsłuch, rozgrzać struny głosowe i tak dalej. 
Ani się obejrzałam a była moja kolej, żeby wyjść na scenę, po drodze spotkałam Nathana i Toma Daleya, którzy czekali na mnie z serdecznymi kopniakami na szczęście. Najpierw mój zespół wszedł na scenę, założyli instrumenty, złapali pałeczki czy cokolwiek, potem prowadzący zapowiedział mnie i przeprowadziłam prawdopodobnie najżałośniejsze wejście na scenę w historii, jak gdyby nigdy nic powoli doszłam sobie do krzesła, usiadłam wygodnie, kule oddałam komuś z obsługi i wtedy muzyka zaczęła grać. Zaczęliśmy mało oryginalnie od "Ghetto Baby". 
- To było prawdopodobnie najtragiczniejsze wejście na scenę w historii, proszę nie wrzucajcie tego na YouTube - zaśmiałam się. - Jak widać mam pewne trudności z mobilnością, dlatego przez następne pół godziny będę siedzieć na tym krześle jak trusia, a fakt, że po mnie na scenę wchodzi pięciu gorących kolesi, znanych jako The Wanted, którzy będą skakać i tak dalej wcale mi nie pomaga. Dlatego postaram się zaśpiewać najlepiej, jak potrafię, żeby nikt o mnie nie zapomniał w momencie, kiedy zejdę ze sceny. Więc teraz pora na mój cover "Locked Out Of Heaven".
Wszystko szło ładnie, zaśpiewałam zgodnie z planem, kiedy na koniec przyszedł czas na "4ever" jednak wstałam z krzesła, bo choćby nie wiadomo jak się chciało na siedząco nie da się wydobyć wszystkich dźwięków. Jak na trzeci raz, kiedy wykonywałam tą piosenkę poszło bardzo dobrze, jeszcze nie zdążyła mi się znudzić. 
Skończyliśmy, ładnie się ukłoniłam, potem ukłoniłam się w jednej linii z zespołem i naprawdę chciałam już zejść ze sceny, ale Iris z moimi kulami gdzieś zniknęła.
- Gdzie jest Iris? - spytałam cicho i spojrzałam na Josha i Matta, którzy stali po moich bokach.
- Moja managerka z kulami zniknęła - powiedziałam do mikrofonu. - Iris, gdzie jesteś?
- Och, chrzanić to - powiedział Matt i zanim mogłam zareagować wziął mnie na ręce. 
- Matt, puść mnie - zaczęłam wierzgać zdrową nogą. 
- Emma, prędzej byś się zabiła niż zeszła z tych schodów - stwierdził.
- Jak myślisz, że dostaniesz za to podwyżkę, to się grubo mylisz. Co więcej, jak jutro zobaczę zdjęcie tego, co właśnie zaszło i dopisek, że z tobą chodzę, to cię zatłukę.
- Złość piękności szkodzi - postawił mnie na ziemi i poklepał mnie po głowie. 

Mogłabym przepowiadać przyszłość. Pozwoliłam swoim złym przyzwyczajeniom się wypełnić i poranek zaczęłam od plotkarskich stron. No cóż, jedna z nich podniosła mi ciśnienie lepiej niż kawa.

Emma Collins czuła się wczoraj baaaardzo, bardzo miło z Nathanem Sykesem, Tomem Daleyem, swoim perkusistą i kilkoma innymi...
Emma wczorajszy festiwal spędziła z bardzo męskim i bardzo przystojnym gronie. Na zdjęciach, które napływają do nas od samego rana można zobaczyć Emmę z uśmiechem na ustach rzucającą się Tomowi Daleyowi na szyję, przytulającą się do Nathana Sykesa, roześmianą z Adamem Pittsem z Lawson, a co najważniejsze niesioną na rękach (dwa razy!) przez swojego perkusistę. 
Słodka dziewiętnastolatka z Birmingham jak widać nie narzeka na brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej, wydaje się jednak, że sama do końca nie wie, czego chce i lubi mieć pod ręką wiele opcji do wyboru.

Pod spodem był jeszcze link do ogólnej galerii z festiwalu. Myślałam, że krew mnie zaleje. Iris zawsze powtarza, że robię błąd, ale już mam tak, że wszystko muszę sprostować na twitterze, bo inaczej nie przeżyję całego dnia. Większej kupy bzdur dawno nie widziałam... Toma nie widziałam dwa miesiące, pewnie powinnam przywitać go z grobową miną, Nathan przytulił mnie dosłownie przez ułamek sekundy, bo bolała mnie noga, z Adamem po prostu się śmialiśmy, a Matt pomagał mi w mobilności.

Jak widać ucieszenie się na widok kogoś, kogo nie widziało się dwa miesiące jest złe, pocieszenie przez przyjaciela, kiedy bolała mnie noga, jest złe, śmianie się jest złe, a najgorsza jest chyba pomoc w zejściu ze sceny... 

Koniec, nie mam dzisiaj siły na media społecznościowe. Jeszcze coś mnie podkusiło, żeby przeczytać komentarze pod tym "artykułem"... Cóż, słyszałam już gorsze epitety na swój temat.
Później zadzwoniła do mnie Iris z, jak to nazwała, wspaniałymi wieściami. Rozmawiała ze swoim znajomym ortopedą (ma znajomych w każdej chyba dziedzinie przysięgam), obiecał, że obejrzy moją nogę, jeśli będzie okej, to da mi spokój z gipsem i zamiast niego dostanę ortezę, coś takiego jak gips, co ma usztywnić moją kostkę, ale mogę to ściągać.
- Fajnie, ale czy ja wiem, czy to takie wspaniałe - zamyśliłam się.
- Tak. Jest wspaniałe do tego stopnia, że jak już ściągniesz gips można zrobić sesję na okładkę, a będzie miało to miejsce jutro.
- Iris - chciałam, ale przerwać, ale że to Iris, to nie miałam szans.
- To tego, bądź gotowa za godzinę, jedziemy do lekarza, na razie - i rozłączyła się zanim miałam szansę coś powiedzieć.

Jak później się dowiedziałam pan doktor ortopeda i moja Iris znają się z liceum, a znają to mało powiedziane, bo przez całe liceum ze sobą chodzili. Smutniejszą wiadomością jest to, że rozstali się przed wyjazdem na studia, bo wybrali uczelnie na dwóch różnych końcach kraju. Smuteczek. Ale po tych wszystkich latach nadal utrzymują kontakt, co jest mega urocze.
Tak czy inaczej pan doktor ortopeda/były chłopak Iris pozbawił mnie gipsu, poinstruował mnie jak zakładać ortezę i kazał przyjść na kontrolę za tydzień. A Iris już umawiała na jutro studio na sesję okładkową do płyty.

Jako że Iris to Iris i zawsze dzieje się to, czego chce, sesja następnego dnia odbyła się. Chociaż wszystko trwało sto razy dłużej niż powinno, w tym przez moją nogą, wszystko wyszło też bardzo ładnie, kolorowo, tak jak chciałam. Teraz pozostawało czekać aż graficy się tym zajmą, poprawią, co im zdaniem trzeba i ktoś inny zmontuje z tego ładną książeczkę okładkową na płytę. Przy okazji też postawiłam na minimum oryginalności i stwierdziłam, że skoro "4ever" w sumie promuje płytę, bo singiel wchodzi do sprzedaży dwa tygodnie przed płytą, więc w sumie ją promuje i takim sposobem płytę też nazwałam "4ever".
Potem poleciało z górki, nawet nie wiem, kiedy minęły mi dwa tygodnie, promocja singla, zaproszenie na premierę filmu i ani się obejrzałam, a do rzeczonej premiery został jeden dzień. Co oznacza, że niestety został jeden dzień do wyjazdu The Wanted na półtora miesiąca do Ameryki, co niezbyt mnie uszczęśliwiało i pięć dni do premiery płyty. Wszystko pięknie się układało, włączając w to moją nogę, dopóki nie przymierzałam szpilek, które planowałam założyć na premierę.
- Oh, Emma, wyglądasz przepięknie - powiedziała zachwycona Iris.
- Mam na sobie rozciągnięty dres...
- Chodzi mi o buty. Jak patrzę na nie, to widzę całą ciebie jutrzejszego dnia i wiem, że będziesz wyglądała najlepiej - pisnęła zachwycona.
- O rany, jestem zestresowana. Nie wiem, co robić na takich imprezach. Nie chodzę na takie eventy, nie pozuję na czerwonym dywanie, ja śpiewam - zaczęłam się martwić. Żeby dodać sobie otuchy zaczęłam przechadzać się w butach po pokoju, ale z własnej głupoty obracając się, zrobiłam to na nodze, która była skręcona.
- Ała, ała, ała - syknęłam i szybko usiadłam.
- O nie, powiedz, że żartujesz - Iris się przeraziła.
- Chciałabym - mruknęłam. - Co ja teraz zrobię?
- Poczekaj, zadzwonię do Jima, może da radę obejrzeć teraz twoją nogę.
Jim to już wspomniany doktor ortopeda/były chłopak Iris.
Kiedy Iris wyszła z pokoju zadzwonić, ja przygotowana, że pewnie będę musiała wyjść, przebrałam się z dresów.
- Załatwione - zadowolona z powrotem weszła do pokoju. Zadowolenie zniknęło, kiedy przeczytała smsa. - Cholera - westchnęła.
- Coś się stało? - spytałam.
- Jestem umówiona z Davidem... No nic, odwołam - zabrała się za pisanie.
- Nie, Iris, nie - machnęłam ręką. - Idź, ja sama dam radę pojechać do lekarza.
- Na pewno?
- Tak, należy ci się chwila relaksu, ostatnie dwa tygodnie harowałaś jak wół nad promocją płyty, idź.
- Dzięki - podeszła i pocałowała mnie w policzek. - To lecę, zamówię ci taksówkę - powiedziała idąc do wyjścia.
- Dzięki - odkrzyknęłam.
Przebrałam bluzkę, założyłam z powrotem ortezę na nogę, a już miałam nadzieję, że rozstałam się z nią na dobre, poprawiłam włosy i makijaż, zjechałam windą na dół idealnie o czasie, kiedy dojechała taksówka. Podałam kierowcy adres i już niedługo byłam na miejscu. O kulach weszłam do środka i poszłam prosto do znanego mi gabinetu. Zapukałam do drzwi i wsadziłam głowę do środka.
- To ja - powiedziałam wesoło, chociaż nie było mi do śmiechu.
- Emma, wchodź - Jim/doktor ortopeda/były chłopak Iris gestem zaprosił mnie do środka. - Co zmajstrowałaś z tą nogą? - spytał.
- Jutro idę na premierę jakiegoś filmu, przymierzałam szpilki, no i... boli - wzruszyłam ramionami.
Jim obmacał mi kostkę i powiedział:
- No jutro szpilek na pewno nie założysz.
- Świetnie - mruknęłam.
- I skoro noga dalej cię pobolewa, wygląda na to, że jednak musisz iść na tą rehabilitację, tutaj masz namiary na rehabilitanta - zapisał coś na kartce i podał mi ją - powiedz, że jesteś ode mnie.
- Okej, dzięki - schowałam wizytówkę do torebki i zebrałam się do wyjścia. - Na razie doktorku, nie chcę żeby zabrzmiało to niemiło, ale do niezobaczenia.
- Mam nadzieję - zaśmiał się.
Za rogiem był postój taksówek, więc ten kawałek przeszłam się, wsiadłam do pojazdu, kiedy byłam już w drodze, zadzwoniła do mnie Hayley.
- Hej, Hay, co u ciebie? - odebrałam wesoło.
- Nie bajeruj, wiem, że Nathan leci jutro do Stanów. Zrobiłaś w końcu jakiś krok, czy dalej zachowujesz się jak dziecko? - spytała.
- Właśnie wracam od ortopedy, miło, że interesujesz się moją nogą - odpowiedziałam z sarkazmem. - A tak serio, rozmawiałam kilka dni temu z Nathanem i wiesz, jeśli po powrocie z Ameryki nie będzie jeszcze zmęczony zabieganiem o mnie, to... no wiesz, spikniemy się.
- Wiesz, jeśli po ponad dwóch miesiącach nie będzie zmęczony zabawą w kotka i myszkę, to koleś jest wielki - stwierdziła. - Ale dlaczego dopiero po Ameryce? Wiesz, że i tak do tego dojdzie, to po co czekać?
- Bo po co składać deklaracje, jeśli przez półtora miesiąca będziemy po dwóch stronach oceanu?
- Aaa, spryciula, zostawiasz sobie otwartą furtkę, jakby na horyzoncie pojawił się ktoś lepszy, a ty, a ty.
- Hayley.. Wiesz, że nie ma nikogo lepszego. I nie będzie.
- Oj wiem, droczę się tylko.
Wytężyłam drugie ucho i dopiero po chwili zajarzyłam, co słyszę.
- Hayley! "4ever" leci w radio! - krzyknęłam do słuchawki.
- Moja bratanica uwielbia tą piosenkę - powiedział taksówkarz.
- Tak, jest całkiem spoko - zaśmiałam się.
- Emma, chętnie dalej bym z tobą omawiała bezsensy twojej relacji z panem Sykesem, ale właśnie Chris dobija się do drzwi.
- Spoko, pozdrów go i postarajcie się nie zrobić dzieci - rozłączyłam się, zanim zdążyła mnie zripostować.
Dojechałam pod dom, zapłaciłam taksówkarzowi, windą wjechałam na moje piętro i jakież było moje zdziwienie, kiedy pod drzwiami zobaczyłam...
- Nathan?
- Hej, gdzie byłaś?
- U lekarza - kiwnęłam głową na ortezę, która znowu zagościła na mojej nodze.
- Chyba musi cię ten lekarz lubić, że przyjmuje cię po dwudziestej pierwszej.
- To znajomy Iris, więc wiesz... Co tu w ogóle robisz? Powinieneś się pakować.
- Spakowany jestem już dawno, tylko, no wiesz, chciałem cię zobaczyć.
- To miłe - uśmiechnęłam się lekko zawstydzona. To może wejdźmy do środka - zaczęłam szukać kluczy w torbie.
- W zasadzie... Zagadałem z kim trzeba i możemy iść w fajniejsze miejsce. Nie żebym miał coś do twojego mieszkania, jest bardzo ładne.
- Okej, zdam się na ciebie, ale pamiętaj o mojej ograniczonej mobilności.
- Spoko, nie idziemy daleko - powiedział wciskając w windzie najwyższe piętro.
- Nathan, wyjście z budynku jest na poziomie 0.
- Kto powiedział, że wychodzimy? - uśmiechnął się tajemniczo.
Wysiedliśmy z windy, przeszliśmy kawałek, weszliśmy po kilku schodach i znaleźliśmy się na... dachu.
- Wow... nawet nie wiedziałam, że da radę tu wejść - powiedziałam.
Słońce już zachodziło, niebo robiło się jak uroczo pomarańczowe, robiło to bardo miłą atmosferę.
- No widzisz, mam swoje sposoby, żeby wejść wszędzie.

Na dachu spędziliśmy kolejne kilka godzin. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, w tym o moim butowym problemie na premierę czy o tym, co The Wanted będą robić w USA.
- Gramy parę koncertów, w kilka z Carly Rae Jepsen, kończymy album, jest też jeden projekt, który dotyczy tylko mnie, ale to jeszcze nie jest do końca pewne, więc nie chcę nic mówić.
- Spoko, ale jestem pewna, że co by to nie było, zrobisz to świetnie - uśmiechnęłam się.
- A ty, stresujesz się przed premierą płyty?
- Z każdą chwilą coraz bardziej - westchnęłam. - Ale, Nathan, proszę, zero promocji z twojej czy w ogóle The Wanted strony.
- Ale czemu? - spytał.
- Bo jeśli płyta odniesie jakiś sukces, nie chcę, żeby ludzie mówili "To dzięki The Wanted, oni ją wypromowali"... Wiesz, jak jest z Little Mix i Zaynem...
- Mogę ustąpić na jeden tweet - uparł się. - Ale nie będzie to nic w stylu "Idźcie, kupcie płytę Emmy", tylko nie wiem, napiszę do ciebie, że płyta jest świetna.
- Nie wiesz, czy jest świetna, nie słyszałeś jej - stwierdziłam.
- Ale słyszałem ciebie i wiem, że mogłabyś śpiewać największy badziew, a każdy by to kupił.
- Uznam to za komplement - zaśmiałam się.



Helloł, helloł :) 
Na początek zdradzę, że obuwniczy problem na premierę Emma ma już rozwiązany ;) Znaczy, ja mam, ona wpadnie na to w następnym rozdziale ;) 
Zdradzę też, że zbliża się zbliża się dużo emocji, wahań, łez (nie tylko tych radości), no, mam nadzieję, że będzie się działo, jeszcze zobaczymy, jaki wyjdzie efekt końcowy ;)
Jeśli macie jakieś propozycje tego, co może się stać, piszcie w komentarzach, może a nuż wykorzystam jakiś Wasz pomysł :)

wtorek, 26 listopada 2013

29. Może chciałbyś zostać...

- Nathan, zaraz odpadną mi kciuki - jęczałam po trzech godzinach grania w Play Station.
- Niech ci będzie - powiedział i odłożył pada na stolik. - Więc przypuśćmy, że siedzisz teraz sama. Co robisz?
- Mam nawyk, jeśli jest się osobą publiczną, jest bardzo zły. Wpisuje swoje imię w googlach, na tumblrze, twitterze i czytam, co wyskoczy. Sprawdzam, co ludzie o mnie piszą.
- Brzmi fajnie, gdzie laptop?
- Ale że co? Będziemy wpisywać moje imię i nazwisko i czytać? - spytałam głupio. Boże, może tylko żartował.
- No tak, to przed chwilą powiedziałaś - bez słowa uprzedzenia, czy pozwolenia, wpakował się do mojej sypialni, po chwili wrócił z laptopem.
- Dobra, włączamy tumblr - trzymając laptopa na kolanach wszedł na stronę i w wyszukiwarce wstukał "Emma Collins". - Jesteś dziewiętnastoletnią milionerką i to robisz w wolne wieczory?
- Nie jestem milionerką. Jeszcze.
- Jak nie? Dostałaś milion za trasę.
- Ale musiałam zapłacić zespołowi. To nie jest milion. Jeszcze! - zauważyłam. - Po premierze płyty dostanę.
- O jak fajnie, dotarłem do tych postów, gdzie ludzie piszą, co o tobie myślą.
- Pokaż no tego laptopa - przesunęłam komputer w swoją stronę.
Następne kilka minut zleciało na czytaniu opinii ludzi na mój temat. Jedne były pozytywne, inne mniej.

Nie mogę doczekać się płyty Emmy.
Nowy singiel Emmy jest o wiele lepszy od poprzedniego. 
Lubię Emmę, ale za dużo czasu spędza z The Wanted i Lawson, jakby chciała wykorzystać znajomość z nimi do zwiększenia swojej popularności.

Doszło do tego też parę opinii na temat, z kim tworzyłabym ładniejszą parę...

Wiem, że jest między nimi siedem lat różnicy i Andy powiedział, że traktuje Emmę  jak młodszą siostrę, ale sądzę, że byliby słodką parą.
Mogą zaprzeczać, ale zwłaszcza na zdjęciach z The Wanted Arena Tour widać, że coś jest między Emmą i Nathanem i chociaż chcą, nie potrafią tego ukryć.

Teraz dało się wyczuć drobną niezręczność w powietrzu... Właśnie dlatego nie wpisuje się w internecie własnego nazwiska siedząc z kimś innym.
- Okej, starczy tego dobrego - powiedziałam zamykając laptopa.
- Ej, zaczynało się robić ciekawie - Nathan zaczął protestować. - Chociaż w sumie, dobrze, że zabrałaś. Powinienem się zbierać.
- Już? Która godzina? - spojrzałam na zegarek, było po północy. Wtedy coś innego przykuło moją uwagę. - Słyszysz ten dźwięk? - spytałam.
Nathan zaczął się wsłuchiwać, a ja podeszłam do okna.
- Chyba będzie burza... Czy coś... - żadne "coś" nie istniało. Nie było możliwości, żeby nie było burzy. Drzew wyglądały, jakby miały zgiąć się w pół, a dwie dziewczyny, które nieszczęśliwie szły pod wiatr... no ledwie szły. - Jesteś pewien, że chcesz tam wyjść?
Nath podszedł do okna.
- No teraz to na pewno zadzwonię po taksówkę - stwierdził.
- Myślisz, że tylko wieje, czy będzie z tego burza? - spytałam zaciągając zasłony.
- Burza i to jak sto pięćdziesiąt. Nie czułaś jak cały dzień było duszno?
- Prawie cały dzień spędziłam w klimatyzowanych pomieszczeniach, więc nie.
W tym momencie zaczął padać deszcz. Chociaż padać to mało powiedziane, woda lała się z nieba jakby ktoś odkręcił kran.
- No i wykrakałeś - mruknęłam.
- Emma... Chyba nie boisz się burzy? - spytał lekko rozbawiony.
- Oczywiście, że nie, co ja mam pięć lat?
Naprawdę nie boję się burzy, ale takich normalnych burzy, nie kiedy znienacka wali piorunami tak, że mam wrażenie, że walnął w mój balkon. Wtedy każdy by się przestraszył.
- Nie boisz? - zaśmiał się i wtedy walnął kolejny piorun, po czym i Nathanowi przestało być do śmiechu.
Znowu grzmotnęło, chciałam odsunąć się od okna, ale zaaferowana mega burzą, jakby zapomniałam, że mam nogę w gipsie i bezmyślnie się na niej oparłam.
- Auć, auć, auć - szybko podniosłam ją do góry.
- Wszystko dobrze, usiądź lepiej - Nath pomógł mi dojść do kanapy.
- Oparłam się na nodze. Mógłbyś podać mi lekarstwa, tam z torebki na blacie?
- Jasne - podszedł do torebki, wyciągnął fiolkę z tabletkami i podał mi butelkę wody.
- Dzięki - powiedziałam popijając tabletkę. Lampy zaczęły migać... Świetnie, jeszcze tylko tego brakowało...
Szybkie myślenie, Emma. Mogłam albo pozwolić mu wyjść, czyli zachować się... no jak Emma. Albo... mogłam rozegrać to, jak, hmm, no Hayley. Czyli przebiegle.
- Więc spytam jeszcze raz, jesteś pewien, że chcesz wyjść na zewnątrz?
- A masz jakąś inną propozycję?
- Znaczy, no wiesz... na zewnątrz jest niebezpiecznie... i w sumie... no wiesz, mam wolny pokój i ten... - jąkałam się, najnormalniej w świecie się jąkałam. Miało być Hayley, wyszło Emma, jak zwykle.  - To może chciałbyś...
Nie zdążyłam dokończyć, bo wysiadł prąd. Najzwyczajniej na świecie nagle BAM i ciemno. Nathan włączył latarkę w telefonie i usiadł obok mnie i schował telefon do kieszeni.
- To na czym skończyłaś?
Chcemy czy nie, tak już jest, że kiedy jeden zmysł wysiada, jak na przykład wzrok w ciemności, inne się wyostrzają. Słyszymy najmniejszy szmer, oddech drugiej osoby, nie widzimy jej, ale wiemy, czujemy, że jej rękę od naszej dzieli kilka centymetrów, może i milimetrów, napięcie rośnie i rośnie...
- Że może chciałbyś zostać...
Nie wiem nawet, jak to się stało, ale nasze nosy nagle dzieliły milimetry, a jak to się zazwyczaj kończy... Nasze usta dotknęły się, poczułam rękę Nathana w swoich włosach... Po chwili jednak delikatnie odsunął się i oparł swoje czoło o moje.
- Powoli... Sama to mówiłaś, pamiętasz?
- Tak, pamiętam - przygryzłam wargę.
Nagle wróciło światło, ale za to walnął porządnie piorun i to gdzieś naprawdę blisko, bo przysięgam, że usłyszałam trzask łamanego pnia. Serio nie boję się burz, ale to było tak nagłe, że serce zaczęło mi bić jak oszalałe.
- Em, tylko szczerze, boisz się?
- Może trochę - powiedziałam cicho i znowu walnął piorun.
- Oj, chodź tu - przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił głaskając po plecach.
Siedzieliśmy tak sama nie wiem ile, ale zrobiłam się mega śpiąca.
- Nathan? - podniosłam głowę. O proszę, kto zasnął pierwszy. Wygląda na to, że jednak wyszło na moje. - Nathan, wstawaj - potrząsnęłam nim lekko.
- Co, co się dzieje? - chłopak szybko się podniósł.
- Nic, chodź ze mną - wzięłam kule, a Nathan grzecznie poszedł za mną do sypialni.
- Kładź się - powiedziałam i wsunęłam się pod kołdrę, Nathan zaraz położył się obok mnie.
Nie interesowało mnie, że nie zmyłam makijażu, że byłam w ciuchach, chciałam tylko spać.
Obudziły mnie niosące się po łóżku wibracje telefonu. Tyle że nie mojego.
- Nathan - mruknęłam. Nic. - Nathan - szturchnęłam go.
- Hm?
- Telefon.
Obrócił się z boku na plecy i wygrzebał komórkę z kieszeni.
- Halo?... yhym... nie... nie interesujcie się... yyy, tak pamiętam... o której?... Dobra, będę, na razie - rozłączył się.
- Co tam?
- Za dwie godziny muszę być pod salą prób, skąd jedziemy na występ.
- Gdzie jest ta sala?
- W pizdu na zadupiu.
- To masz jakby mało czasu - przeciągnęłam się.
- Spoko, spoko, beze mnie nie pojadą - stwierdził mocno mnie przytulając.
- Taa, bez ciebie nie pojadą, tak jak beze mnie nie będzie próby, na której mam być o dwunastej.
- Czyli za dwie godziny.
- Co? Jest dziesiąta?! - podniosłam się szybko. - O matko, o matko, o matko... - mamrotałam pod nosem układając w głowie jakiś plan jak wyrobić się zanim Iris przyjedzie po mnie o 11:30. - Dobra. Ja idę wziąć prysznic, jakbyś był głodny czy coś, to wiesz, gdzie jest kuchnia, czuj się jak u siebie - wyrwałam z łóżka, na jednej nodze doskoczyłam do garderoby, wzięłam ciuchy i dokicałam do łazienki.
Nie miałam czasu na mycie, suszenie i układanie włosów, dlatego stwierdziłam, trudno, najwyżej założę coś na głowę. Wzięłam prysznic robiąc standardową powódź na podłodze, pomalowałam się, próbowałam ujarzmić nieforne włosy, z których każdy żył swoim życiem, ubrałam się i wyszłam z łazienki.

- Już myślałem, że utopiłaś się w tej łazience - powiedział Nathan. 
- Nie, robiłam z siebie człowieka.
- Dziwne, pół godziny temu też wyglądałaś na człowieka. A teraz siadaj - Nath postawił coś na blacie. 
Podeszłam i zobaczyłam zrobione specjalnie dla mnie śniadanie.
- Och, dziękuję, nie musiałeś - uśmiechnęłam się. - Ty jadłeś?
- Tak, w trakcie robienia jedzenia tobie.
- Oh, jeszcze raz dziękuję - nie mogłam się nadziwić, nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś zrobił mi śniadanie. 
- Ty sobie jedz, ja muszę lecieć do hotelu ogarnąć się i przebrać i mam na to - spojrzał na zegarek - mało czasu. Zgadamy się jeszcze, pa - pocałował mnie w policzek i tyle go widziałam. 
Jadłam sobie śniadanie, w międzyczasie Josh zadzwonił, czy może wziąć Alice na próbę (jasne!), potem Ben, że samochód będzie za 10 minut, zabrałam swoje manatki, zjechałam na dół windą i jakież było moje zdziwienie, kiedy wsiadłam do auta, a w środku byli tylko Ben i Arthur. 
- Gdzie Iris? - spytałam. 
- Zadzwoniła, że dojedzie trochę później.
- Uhu, ktoś tu zabalował - zaśmiałam się.
- A jak twój wieczór, Emmo? - spytał Arthur.
Fuck, zapomniałam, że Bena może nie było, ale Arhur wczoraj prowadził i słyszał, że ja też byłam umówiona. 
- Aaa bardzo dobrze, dziękuję - odpowiedziałam neutralnie.
- A co takiego robiłaś? - spytał Ben.
- Nic szczególnego - powiedziałam szybko. Ciut za szybko. 
Pół godziny później dojechaliśmy na miejsce, gdzie byli już wszyscy, oprócz Shay i Amelii, bo obydwie po trasie bolały mięśnie, więc na razie mają wolne. W końcu poznałam też dziewczynę Josha.
- Okej, skoro jesteśmy tu wszyscy - powiedziałam usadowiwszy się wygodnie w fotelu - to ustalmy, co wykonujemy na najbliższych festiwalach. Pomińmy "Black Box" i "4ever", bo to oczywiste. 
- Zostałabym przy coverze "Locked Out Of Heaven" - powiedziała Holly. 
- Jest chwytliwe, więc może być na festiwale - pokiwałam głową. - Co dalej?
- Chcesz coś nowego z płyty? - spytał Matt.
- Myślę nad tym... Musimy pamiętać, że w sumie pięć piosenek jest już znanych - zamyśliłam się na chwilę. -Może zostawimy skład z trasy, ale wyrzucimy "Ghetto Baby", bo już mi się przejadło... Chociaż nie... Nie wiem, zróbmy próbę dźwięku do tego, co na pewno śpiewam, Iris przyjedzie, to coś wymyśli. 
Tak też się stało, a prosto z próby pojechałyśmy na wywiad. O którym jak zwykle dowiedziałam się w ostatniej chwili. 
- Emma, czemu masz czapkę? Nigdy nie nosisz czapek - spytała w drodze.
- No ten tego... zaspałam i nie miałam czasu na zabawę z włosami - wzruszyłam ramionami jak gdyby nigdy nic.
- Ach, tak, ciekawe przez kogo nie miałaś czasu - zaśmiała się cicho.
- Iris, przypominam, że to ty spóźniłaś się do pracy - odpowiedziałam. 
- Młoda jesteś, nic nie wiesz o życiu - powiedziała szybko.
Dojechałyśmy na miejsce, szybko poprawiono mi makijaż i zaczęło się. Ten wywiad był w sumie zabawny, podrzucano mi balony, w których były karteczki z pytaniami od fanów. 
Przebiłam pierwszy.
- Jaki był twój ulubiony opening w XFactorze? - przeczytałam. - Hmm. To trudne pytanie, ale pierwsze, co przyszło mi do głowy, to opening drugiego dnia finału, kiedy ze Scottem i Brianem śpiewaliśmy "Chasing The Sun" i naprawdę mi się podobało.
Następny balon.
- Nathan Sykes czy Tom Daley? O rany, czemu wszyscy są tacy monotematyczni?! - zaśmiałam się. - A tak serio. Żaden z nich. Nie cierpię ich - powiedziałam prosto do kamery. - Nie no, żartuję, uwielbiam ich obu, ale jesteśmy tylko przyjaciółmi. Chociaż w zasadzie, Tom jest pod kreską, bo przez półtora miesiąca rozmawiałam z nim - zamyśliłam się - dwa razy. W jego urodziny i w moje. Więc tak, jak nie ma czasu zadzwonić, to jest po kreską. Chociaż... jakby nie to, że byłam w trasie z The Wanted, Nathan pewnie też by nie zadzwonił, więc to trochę nie fair - zamyśliłam się. - Obaj są pod kreską - stwierdziłam. Lepiej do mnie zadzwoń, pierdoło - powiedziałam do kamery. - Pewnie tego nie obejrzy, chyba ma zawody - wzruszyłam ramionami.
- Jeśli już, to nie ogląda, jesteśmy na żywo - dodała prowadząca.
- Co? - zdziwiłam się. O rany, dobrze, że nie powiedziałam czegoś głupiego, ani nie zaczęłam rzucać cholerami i tym podobnymi. 
- Ty, Nathan i Tom macie między sobą taki trójkąt... - powiedziała prowadząca.
- Przyjacielski - zaznaczyłam.
Następny balon.
- Jaka jest twoja idealna randka? Hmm.. Wiecie, nie jestem zbytnio wymagająca, nie potrzebuję kolacji w wystawnych restauracjach, czy innych fajerwerków... W zasadzie nie byłam na randce od wieków -zamyśliłam się na chwilę. Nie byłam pewna, czy kłamałam mówiąc, że nie byłam od wieków, bo nie do końca wiedziałam, jak traktować wczorajszy wieczór... - Ale wiecie co? Wydaje mi się, że jeśli naprawdę, naprawdę lubi się drugą osobę, to nawet granie na PlayStation i jedzenie pizzy będzie idealne.
Następny balon.
- Czy nosisz sztuczne rzęsy? Miałam sztuczne rzęsy na kilku występach w XFactorze, ale od tego czasu nie nosiłam sztucznych rzęs.
Następny.
- Masz więcej sportowych butów czy szpilek? Dajcie mi policzyć... Wydaje mi się, że sportowych... Na pewno sportowych, samych conversów mam masę. Poza tym nie jestem dziewczyną w szpilkach. Jestem dziewczyną w trampkach. Chociaż obecnie raczej dziewczyną w jednym trampku - pomachałam zdrową nogą. 
Następny balon.
- Czy masz rodzeństwo? Mam młodszą siostrę, ma na imię Sarah, ma 16 lat i podkochuje się w większości moich znajomych. I za ostatnie zdanie mnie zabije - dodałam po chwili.
I kolejny.
- Jaki był ostatni sms, jakiego dostałaś? Muszę sprawdzić - machnęłam do Iris ręką, żeby podała mi telefon. - Ostatni sms był od mojej siostry, pytała, czy mogę wziąć ją w sobotę na festiwal. 
- Możesz?
- Tak, mogę, jestem najlepszą siostrą na świecie - zaśmiałam się.
Balon.
- Czy kiedy już będziesz miała chłopaka, powiesz o tym fanom? O, to ciekawe pytanie. Tak, powiedziałabym prędzej czy później, bo takie rzeczy nie utrzymają się w sekrecie, ale też nie zrobiłabym tego od razu na drugi dzień... Mam na myśli, że poczekałabym kilka tygodni, bo wydaje mi się, że chciałabym nacieszyć się tym związkiem póki byłby tylko mój.
- I nie zapeszyć.
- Tak, dokładnie. O, to może powiem przy okazji, to że jem w kimś obiad, piję kawę, czy jestem na spacerze nie znaczy od razu, że umawiam się z tym kimś.
Dokończyłam wywiad, było w sumie przyjemnie, po czym wróciłam do domu i zaczęłam przygotowywać się na jutro. Spakowałam do plecaka tabletki w razie gdyby jednak bolała mnie noga, słuchawki, książkę, chociaż jeszcze się nie zdarzyło, żebym na wyjeździe miała czas czytać, za dużo się dzieje, przygotowałam sobie zestaw na występ i ani się obejrzałam, zrobił się środek nocy, wzięłam kąpiel i poszłam spać. 



Przepraszam, że skończyłam w takim nijakim momencie, ale dzisiaj naprawdę mam beznadziejny humor i jakoś brak mi weny :(

poniedziałek, 18 listopada 2013

28. Jakbyś chciał...

Nathan wrócił z torbami pełnymi zakupów, a ja, mimo chorej nogi, prędko rzuciłam się do kuchni, żeby wygrzebać z nich coś do jedzenia.
- Spokojnie, przecież nie ucieknie - zaśmiał się.
- Z moim stanem każdy i wszystko dałoby radę uciec - stwierdziłam.
- Zawsze możesz jeszcze rzucić kulą, to powali przeciwnika.
- Dobra, wygrałeś.
- Emma, naprawdę chciałbym jeszcze zostać, ale obiecałem mamie, że wrócę dzisiaj do domu - powiedział wyraźnie rozdarty.
- Tak, jasne, leć. Nathan, nie widziałeś mamy z miesiąc, szybko, zanim spóźnisz się na pociąg.
- Zobaczymy się jakoś niedługo? - spytał z nadzieją.
- W piątek jadę do Birmingham, ale w poniedziałek na pewno będę w Londynie, to możesz do mnie zadzwonić - powiedziałam z uśmiechem.
- No to... Do zobaczenia - powiedział, mocno mnie uściskał i pocałował w policzek. - Dziwnie będzie nie widzieć twojej mordki codziennie - powiedział dalej mnie przytulając.
- Nawzajem - uśmiechnęłam się.
Nath ostatni raz odwzajemnił uśmiech i wyszedł.
Dobra, czas przemyśleć jakieś nieskomplikowane i łatwe zakładające się stylizacje. No i na tyle szerokie, żeby przeszły przez gips. Chwała Bogu, że to czerwiec. Stałam przed wpół pustą szafą, kiedy przyszedł mi sms.

Poniedziałek, 8:30, wywiad i występ w śniadaniówce.

Dzięki, Iris, wiesz, jak przekazywać człowiekowi złe wiadomości. Zaraz drugi sms.

O 15:30 radio i spotkanie z fanami.

Podwójne dzięki Iris. Szkoda, że pan doktorek oprócz mówienia medycznym słownictwem nie potrafił wypisać mi zwolnienia, wtedy wszyscy mogliby cmoknąć mnie w tyłek.
Dwa dni w Londynie na szczęście przeleciały szybko i ani się obejrzałam, a w piątek zawitał do mnie tato, do tego z prezentem:
- Management przywiózł to do nas, przyszło do ciebie - podał mi pudełko.
- Już, wychodzimy tylko zobaczę co to - położyłam pakunek na blacie w kuchni i otworzyłam. - Wow...
- Co to?
- Sony przysłało mi Play Station.
- Ty nie umiesz grać.
- To się nauczę, dostałam nawet gry.
- A z jakiej to okazji. Żeby się przypodobać. Niedługo pewnie przyślą mi telefon, bo to robi im darmową reklamę. Stwierdzili pewnie, że jestem już na tyle znana, że mogą we mnie inwestować swoje zabawki. Dobra, idziemy.
 Tato podniósł wielką walichę.
- Czy ja się pomyliłem, czy ty przyjeżdżasz na dwa dni do domu? - spytał.
- Taaa, ale tak sobie pomyślałam, że może mama zrobiłaby mi pranie czy coś - powiedziałam niewinnie.
- Ehh, no chodź, zobaczymy co na to twoja rodzicielka.
Tato wziął walizkę, ja torebkę i klucze do domu i poszliśmy do windy.
- Jesteś strasznie cicha - zauważył, kiedy jechaliśmy samochodem.
- Wydaje ci się - uśmiechnęłam się. - Wiesz, muszę oszczędzać gardło poza pracą, jednak śpiewanie dzień w dzień jest jednak męczące. A w przyszłym tygodniu mam festiwale, potem promocję singla, promocję płyty, czyli cały czas śpiewanie.
- Powinnaś wziąć sobie wolne. Może noga ci do śpiewania nie jest potrzebna, ale jednak chodzenie, jeżdżenie jest męczące.
- Wiem, tato, ale uwierz mi, festiwale są naprawdę ważne. To tam najwięcej ludzi może usłyszeć mnie na żywo i powiedzieć "Wow, ona faktycznie umie śpiewać", potem kupić moją płytę, przyjść na koncert i tak dalej...
- Wpadniesz w pracoholizm.
- Nie, myślę, że nie. Do większości rzeczy Iris ciągnie mnie za włosy - zaśmiałam się. - Na szczęście teraz mam dwa dni w domu, mogę posiedzieć w spokoju, wystawię nogę na stoliku w salonie i nikt mnie stamtąd nie ruszy - powiedziałam zadowolona.
- Hmm, ty to wiesz, jak się ustawić, może też sobie skręcę kostkę - zamyślił się tato.

Po dwóch godzinach dojechaliśmy na miejsce.
- Co w tym domu tak ciemnawo, światło wam odcięli? - spytałam odpinając pas.
- Może mama coś ogląda i nie chce jej się włączyć światła.
Tato wziął walizkę i podał mi kule, ja z jakże wielkim brakiem gracji wysiadłam z samochodu i ruszyłam w kierunku domu.
- Już jesteśmy! - powiedziałam, kiedy weszłam do środka. Cisza.
Otworzyłam drzwi od salonu, które NIGDY nie były zamknięte.
- Wszystkiego najlepszego! - w salonie byli wszyscy moi znajomi ze szkoły, których praktycznie nie widziałam odkąd skończyłam szkołę.
- O. Mój. Boże. Co wy tu wszyscy robicie?
- Niespodziankę dla ciebie, co myślisz, że tylko The Wanted mogą? - spytała Sarah zakładając mi imprezową czapeczkę na głowę.
- O rany, jesteście tacy kochani - ucieszyłam się i próbowałam nie rozpłakać.
Wyściskałam każdego po kolei, w sumie kilkanaście osób, mama przyniosła torta, którego sama zrobiła i było bardzo, bardzo mega przyjemnie.
Kochałam Iris, Bena, mój zespół, The Wanted, Lawson i tak dalej, ale wspaniale było spędzić czas ze starymi znajomymi, którzy znają mnie od zawsze i byli przy mnie zawsze, kiedy ich potrzebowałam.
- Gdzie zgubiłaś Chrisa? - spytałam Hayley.
- W Manchesterze, dzisiaj miał ostatni egzamin, przyjedzie jutro - powiedziała.
- Jak wam w ogóle jest?
- A bardzo dobrze, naprawdę zmienił się na lepsze - powiedziała z uśmiechem.
- To dobrze.
- A co z tobą i panem N.?
- Hayley... - westchnęłam.
- No co "Hayley"? Zbierzcie się w końcu i zachowujcie jak dorośli ludzie, a nie jak dzieci. Ty chcesz go, on chce ciebie, w czym problem?
- To właśnie nie jest takie proste...
- Nie zaczynaj znowu z tym zaufaniem - wywróciła oczami. - Tony to nie Nathan, Nathan to nie Tony. Przecież on nie byłby w stanie skrzywdzić muchy.
Zadzwonił mój telefon.
- Przepraszam na chwilę.
- To on? - spytała próbując spojrzeć na wyświetlacz. - Nie kłam, widzę, że to on. Widzę ten uśmieszek, przede mną go nie ukryjesz! - krzyczyła za mną, kiedy ja odskakiwałam na jednej nodze do kuchni.
- Halo? - odebrałam, kiedy wyszłam poza strefę hałasu, którą stanowił nie tylko głos Hayley, ale muzyka i rozmowy.
- Hej - usłyszałam głos Nathana. - Co tam tak głośno?
- Rodzice, Sarah i Hayley zrobili mi przyjęcie niespodziankę, zaprosili znajomych ze szkoły i tak sobie siedzimy.
- To miłe.
- No pewnie, że tak. A co u ciebie?
- A tak sobie dzwonię, siedzę właśnie w pociągu do Londynu, jutro występujemy.
- To powodzenia, ja wracam w niedzielę wieczorem, Iris już zaplanowała mi cały poniedziałek, w ogóle nie dadzą człowiekowi odpocząć.
- To może tego... jak już zrobisz co masz zrobić, może chciałabyś, nie wiem... wyjść gdzieś... nie, to głupie, masz nogę w gipsie... - chłopak zaczął się plątać i to było takie słodkie, musiałam powstrzymywać się, żeby nie zacząć się śmiać.
- Mam nowe play station - powiedziałam szybko. - Mógłbyś wpaść z pizzą i moglibyśmy pograć czy coś... Jakbyś chciał...
- Okeeej, ale jestem słaby w FIFĘ.
- Spoko, ja nie umiem w ogóle grać, więc luz - zaśmiałam się.
- To... jesteśmy umówieni?
- Tak - odpowiedziałam przygryzając wargę. - Muszę wracać do gości...
- Jasne, baw się dobrze, do poniedziałku.
- Papa - rozłączyłam się i mocno oparłam głowę o półkę.
- Play Station?! - mruknęłam do siebie z wyrzutem.
- Zaprosiłaś go do siebie na Playa? - spytała Hayley.
Nie wiedziałam, że tu jest, więc lekko się przestraszyłam.
- Nie wiesz, że się nie podsłuchuje? - spytałam odwracając się przodem do niej.
- Przecież sama wiesz, że mi wolno. Więc... Umówiłaś się  z nim na Play Station?
- Nie patrz tak na mnie, nie wiem, czemu, to pierwsze, co przyszło mi do głowy, bo dzisiaj je rozpakowałam. O matko, nie chcę zginąć w strefie przyjaźni - jęknęłam szarpiąc rękaw od jej żakietu.
- Na to nie ma szans - prychnęła. - Napięcie seksualne rozsadziłoby tą strefę.
- Hayley!
- Nie łam się, mała - poklepała mnie po ramieniu. - Można to też rozegrać w ten sposób. Niektórzy lubią dziewczyny, które potrafią też być kumplem. O, o, o! - Hay podskoczyła z podekscytowania w miejscu. - Wiesz, co jest super? Rozbierane play station. Tylko musicie grać w coś, w co szybko można przegrać, albo wygrać.
- Nie mów, że to robiłaś... - patrzyłam na nią z przerażeniem. Zero odpowiedzi. - Nie mów, że robiłaś to z Chrisem.
- Nie mówię - odpowiedziała szybko.
- O Boże - zasłoniłam twarz rękami, próbując pozbyć się tego widoku z mojej wyobraźni. - Jesteś jeszcze gorsza w Play Station niż ja!
- Wiem - powiedziała z przebiegłym uśmieszkiem.


***
W niedzielę tato odstawił mnie do Londynu, nie mogłam zasnąć, więc postanowiłam zrobić porządek w garderobie (zawartość trochę inna niż na obrazku, ale chciałam, żebyście zobaczyły garderobę Emmy tak jak i ja ją widzę ;)).
W poniedziałek musiałam wstać o 6:30, o siódmej być gotową do wyjścia, żeby przed ósmą dotrzeć do studia na program, gdzie mieli w mojej porannej twarzy zrobić... twarz.
Ilość rzeczy, jakie mogę założyć jest naprawdę ograniczona, ale myślę, że każdy powinien to zrozumieć w moim stanie, poza tym jest czerwiec, więc dżinsowe szorty przejdą nawet o ósmej rano.

Iris czekała z Benem w samochodzie z kawą i kanapką w ręce.
- O rany, to jest jak powrót do kwietnia, kiedy praktycznie codziennie jeździliśmy gdzieś o świcie i przynosiliście mi kawę - powiedziałam słodkim głosikiem.
- Emma, nie zaczarujesz nas tymi wspomnieniami, wiemy, że się spóźniłaś 10 minut - powiedział Ben.
- Powiedz lepiej coś mądrego do kamery, filmik na niedzielę sam się nie zrobi - powiedziała Iris.
- Czeeeeść! - pomachałam wesoło. - To znowu ja. Jest poniedziałek rano, może wam się wydawać, że jest niedziela, ale żyjecie w błędzie, jest poniedziałek rano, dokładnie piętnaście po siódmej, zdradzę wam, że jestem bez makijażu - zdjęłam okulary i zrobiłam głupią minę - jadę do telewizji udzielić krótkiego wywiadu i zaśpiewać mój najnowszy singiel "4ever", teraz jest część, w której powinnam powiedzieć, że wychodzi 30 czerwca na iTunes i innych stronach i sklepach, ale to pominę. Jak widać skręcona kostka w gipsie nie uprawnia do wolnego, ale mogę za to bezkarnie nosić szorty
- Oh już dajcie spokój, chodzę o kulach, myślicie, że to takie proste? - spytałam wgryzając się w kanapkę.
Po półgodzinie spędzonej głównie w porannych korkach dojechaliśmy pod budynek studia nagraniowego, gdzie czekali na mnie nikt inni jak paparazzi.
- Oh, jak ja za tym nie tęskniłam - powiedziałam z przekąsem.
Ben wysiadł pierwszy, obszedł samochód, otworzył drzwi z mojej strony, podał mi kulę i pomógł mi się wygramolić. Właśnie przez takich ludzi jak paparazzi człowiek musi ubierać okulary o ósmej rano. Dzielnie powoli maszerowałam do wejścia, a Ben robił mi przejście.
- Emma, jak twoja noga? - spytał jeden.
- Mogło być lepiej.
- Kiedy wracasz do pracy?
- Cały czas w niej jestem - prychnęłam. Akurat doszłam do studia - Dziękuję, miłego dnia - powiedziałam, chociaż dalej się przekrzykiwali.
Weszliśmy do środka, miałam szybko zrobiony makijaż, ułożone włosy i ani się obejrzałam, a siedziałam na kanapie i czekałam na wejście na wizję.
- Witamy po przerwie, jest z nami Emma Collins, która mimo kontuzji ma bardzo pracowity czerwiec. Witaj Emmo - przywitała mnie prowadząca.
- Witam - powiedziałam z uśmiechem.
- Wiemy, że wiele osób o to pyta, to może powiedz nam, co stało się z twoją nogą? - spytał drugi prowadzący.
- Zdarzyło się to na ostatnim koncercie podczas trasy The Wanted w Dublinie, po piosence, którą wykonywaliśmy wspólnie, wracałam ze sceny do swojej garderoby, było ciemno, nie zwróciłam uwagi, na co staję i tak oto noga zaplątała się w kable i musiałam jechać do szpitala, gdzie dowiedziałam się, że skręciłam kostkę.
- Musiało boleć... To dosyć niefortunny moment, bo jak wiadomo letnie miesiące są bardzo intensywne dla wokalistów, festiwale i tak dalej, nie planujesz zwolnić tempa?
- Z jednej strony jest to niefortunne, a z drugiej patrzę na to z perspektywy, że mogłam potknąć się o kable na początku trasy i wtedy dwa tygodnie prób, wylewania z siebie siódmych potów, wszystko poszłoby na marne, zamiast ruszać się, nie wiem, siedziałabym na szczycie schodów. Ale jednak tak, noga w gipsie jest dosyć kłopotliwa w czerwcu.
- Jakie masz plany na najbliższe tygodnie?
- W tym tygodniu występuję na dwóch festiwalach, później promuję singiel, dalej festiwale, później promocja płyty, festiwale i naprawdę nie wiem, co dalej.
- Masz już wyznaczoną dokładną datę premiery płyty?
- Tak, mogę powiedzieć, że płyta ma premierę 14 lipca - powiedziałam z dumą.
- A tytuł?
- No... tego jeszcze nie mam. Muszę zrobić sesję okładkową i wymyślić tytuł, to pierwsze może być kłopotliwe z moją nogą, ale dam radę - zapewniłam.
- Wierzymy w ciebie. Powiedz nam jeszcze, jak ci się pracowało z The Wanted? Trzy tygodnie z pięcioma chłopakami mogą być jak wakacje, albo jak horror.
- To było coś pomiędzy - zaśmiałam się. - Ja i chłopcy mamy naprawdę świetny kontakt, traktujemy się tak trochę jak rodzeństwo, było też kilka z początku średnich sytuacji, z których potem wszyscy się śmiali, więc to były bardziej wakacje niż horror.
- Dobrze, skoro teraz wiemy już wszystko, o nodze Emmy, najbliższych planach, nadchodzącym albumie i opinii o pracy z The Wanted możemy przejść do pogody na dzisiejszy dzień, a tuż po niej Emma zaśpiewa swój najnowszy singiel "4ever" - powiedziała prowadząca i zeszliśmy z anteny.
Kiedy leciała pogoda, ja miałam chwilę na przygotowanie się, Iris dała mi w tym czasie odsłuch, do studia wszedł mój zespół, który nie wiem, kiedy dojechał, masa ludzi wniosła instrumenty. Chociaż siedziałam jak kołek, dałam z siebie wszystko, zaśpiewałam najlepiej jak potrafiłam. Wkrótce było po wszystkim, wszystko zwinęliśmy, miałam całe sześć godzin przerwy przed radiem, Iris za mnie zadecydowała, że poświęcimy je na wymyślenie nazwy albumu.
- Iris, to wymaga kreatywności, a kreatywności nie można włączyć przyciskiem.
- Myślę, że Starbucks ci pomoże.
- Przekonałaś mnie - przekomarzałyśmy się tak, kiedy wychodząc ze studia uświadomiono mnie, że czasu będę miała mniej, bo przed budynkiem czekali fani.
Kolejną godzinę zajęło mi robienie zdjęć, podpisywanie plakatów i przeróżnych innych rzeczy. Kiedy już upewniłam się, że "obsłużyłam wszystkich", poświęciłam bezowocnie swój czas na wymyślanie nazwy albumu, a potem pojechałam, tym razem z samym Joshem do radia, gdzie w planach była tylko wersja akustyczna.
Był wywiad, w którym pytania niewiele różniły się od tych rano w telewizji, potem jednak przeszliśmy do innego pomieszczenia na parterze, gdzie była mała scena, z której miałam odpowiadać na pytania fanów, którzy wrzucili swoje imiona na kartce do naczynia i pokolei miałam losować, oni będą wchodzić na scenę, zadawać mi pytanie, przytulać, czy cokolwiek będą chcieli zrobić. Stety niestety, ilość osób tam była ograniczona, bo wejściówki wygrywali w konkursie, z drugiej strony, szkoda, że nie każdy kto chciał mógł wejść. Tyle że wtedy nie wyszłabym stamtąd przez kilka dni. Setką osób zajmowałam się prawie trzy godziny. Kilka osób było tak zestresowanych, że pobladło i prawie się popłakało, jak do mnie podeszli, ale wtedy użyłam sprawdzonej metody, przytuliłam każdego, powiedziałam miłe słowo. A pytania były przeróżne - od jakiej maskary używam, do ulubionego dania.
- Mamy też niespodziankę. Trzy osoby, które wzięły udział w konkursie, który trwa teraz na antenie naszego radia, chociaż tutaj nie są, mogą zadać Emmie pytanie poprzez naszą antenę.
Dwie pierwsze osoby miały dosyć zwykłe pytania, pytanie trzeciej intrygującą miało samą zapowiedź.
- Trzecia osoba - powiedział prowadzący - prosiła o nieujawnianie jej imienia, oraz żeby ktoś inny powiedział jej pytanie, czyli ja, a brzmi ono - podniósł wyżej kartkę, którą ktoś przed chwilą mu przyniósł - Emmo, wydajesz się być rozsądną osobą, jestem pewna, że jesteś wspaniałą przyjaciółką, powiedz proszę, tak jak poradziłabyś przyjaciółce, co mam zrobić, jeśli zdradził mnie chłopak. Ciężko mi bez niego, tęsknię za nim, chociaż bardzo mnie zranił...
Pytanie uderzyło we mnie jak grzmot z jasnego nieba. Przez chwilę się zawiesiłam, ale szybko wróciłam do kontaktu. Nie wiem, kim jesteś, ale dobrze trafiłaś, na czym, jak na czym, ale na zdradach to się znam.
- Okej... Uwierz mi, że teraz jest ci ciężko, ale to minie. Nie dzisiaj, nie jutro, ale minie. W końcu przestaniesz myśleć o tym, co ty zrobiłaś źle, bo uświadomisz sobie, że to nie twoja wina, tylko twojego chłopaka. Nie chcę mówić ci, co masz robić, bo każdy związek jest inny, ale czasami po prostu nie warto dłużej walczyć. Uwierz mi, wiem, o czym mówię. Teraz boli, ale kiedyś przestanie, a nie masz gwarancji, że jeśli wróciłabyś do chłopaka, nie zraniłby cię drugi raz, jeszcze bardziej. Decyzja należy do ciebie, ale ja nie wróciłabym do niego. I nieważne co, pamiętaj, że jesteś wspaniałą osobą, jedyną w swoim rodzaju i jeśli tego nie zauważył to po prostu jest głupi albo ślepy.
Mówiłam szybko, nawet nie wiem, kiedy tak bardzo się otworzyłam. Zwłaszcza z tym "wiem, o czym mówię". Jeśli podłapie to jakaś telewizja, stacja radiowa, gazeta, będą o to pytać przy każdej okazji... Może Iris walnie jakąś klauzulkę, uwielbia zabraniać czegoś dziennikarzom, czasami mam wrażenie, że sprawia jej to perwersyjną przyjemność.
- Dobra, spadamy, Arthur, najpierw odwieziesz mnie - powiedziała do kierowcy.
- Nie, nie, nie! Iris muszę być szybko w domu - byłam umówiona z Nathanem, ale o tym wiedzieć nie musiała.
- Emma, jestem umówiona, raz możemy pojechać inaczej.
- Ja też jestem umówiona - odpowiedziałam szybko, dopiero potem do mnie doszło, co powiedziała Iris. - Chwila, z kim? - moja nałogowa pracoholiczka ma randkę? Co? Jak?
- A ty z kim?
- Ja pytałam pierwsza.
- David - powiedziała w końcu. - Ten z Wembley - podpowiedziała.
- David z Wembley reżyser festiwalu?! - spytałam zdziwiona. - Arthur, najpierw Iris! Jak?!
- Dałam mu swój numer i powiedziałam, że może zadzwonić, jak skończymy trasę, no to zadzwonił, no to się umówiliśmy.
- O rany, jak super! - podskoczyłam na fotelu.
Przez całą drogę udało mi się uniknąć odpowiedzi na pytanie z kim ja się umówiłam, w miarę moich możliwości wbiegłam, jeśli można to tak nazwać, do mieszkania. Szybko wrzuciłam naczynia do zmywarki, porozrzucane ciuchy wrzuciłam do szuflady w garderobie specjalnie przeznaczonej do wrzucania na szybko ciuchów, zaścieliłam łóżko, ogarnęłam sypialnię, nie wiem po co, nie zamierzałam go tu przecież zapraszać... Z tego wszystkiego zapomniałam, że lepiej byłoby gdybym zamiast zbędnego sprzątania przebrała się, ale na to zabrakło mi czasu, bo zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Już idę! - krzyknęłam.
Jak się nie ma czasu na przebranie, trzeba wyeksponować wdzięki. Ściągnęłam żakiet, koszulka na ramiączkach akcentuje, co trzeba. Szybko pokuśtykałam do drzwi.
-  Zamawiała pani pizzę?
- Niech pomyślę...
- Może pizzę i colę - Nathan wyciągnął butelkę zza pleców.
- Tak lepiej, wchodź - otworzyłam szerzej drzwi i wpuściłam go do środka.
- Jak występ? - spytałam prowadząc go do salonu.
- Dobrze, dobrze. Jak wywiady?
- Też dobrze.
- Więc mówisz, że Sony przysłał ci Play Station, i to na dodatek model, który wychodzi za trzy miesiące? - spytał oglądając pudełko.
- Tak? Nawet nie wiedziałam - wzruszyłam ramionami. - Ale za pewne muszę dodać zdjęcie z tym wspaniałym urządzeniem, więc czyń honory - podałam mu telefon, wrzuciłam zdjęcie na twittera z odpowiednim podpisem, a Nathan zajął się podłączanie sprzętu.
- W co gramy? - spytałam, kiedy skończył.
- Assasin's Creed. Teraz cię zniszczę dziewczynko - powiedział dając mi pilot.


Nie podoba mi się ten rozdział... Znaczy są dobre moim zdaniem momenty, ale raczej jest średni :P

środa, 13 listopada 2013

27. Nie ściemniaj.

- Więc... - zaczął Nathan po chwili niezręcznej ciszy. - Co powiedział lekarz?
- Trzy tygodnie w gipsie, jakieś leki, a potem się zobaczy... Nie mogę sobie wyobrazić występów na letnich festiwalach z nogą w gipsie. I promocja singla... 
- Emma, mogłabyś stać na scenie na baczność, a i tak wszyscy byliby zachwyceni - powiedział Nath.
- Dzięki - odpowiedziałam nieśmiało i lekko się zarumieniłam. - Dobra - odetchnęłam głęboko - obydwoje wiemy, że nie przyszedłeś tu rozmawiać o mojej wizycie w szpitalu.
- No tak... Po pierwsze, przepraszam.
- Za co? - spytałam zdezorientowana.
- Otworzyłaś się przede mną, opowiedziałaś mi całą historię o tobie i Tony'm, jak cię to zmieniło, a mimo to ja zrobiłem to, co zrobiłem. Ale chciałbym tylko powiedzieć, że uszanuję każdą twoją decyzję. Jeśli po namyśle będziesz chciała pójść krok naprzód, to świetnie. Jeśli będziesz chciała cofnąć się o krok... Uszanuję to, ale wtedy jedno jest pewne...
- Co takiego?
- Będę o ciebie walczyć, Emma. Tak długo, jak będzie trzeba.
- Nathan... To bardziej skomplikowane niż przeczekanie - westchnęłam. - Jakiś czas po tym, jak definitywnie rozstałam się z Tony'm, Craig, jego były już wtedy przyjaciel, który przyjaźnił się też ze mną, zaproponował, żebyśmy wyszli gdzieś raz, potem drugi i tak dalej... Bardzo fajnie spędzało nam się czas, widziałam, jak się starał, ale nie potrafiłam mu zaufać na tyle, żeby z nim być. Dlatego w XFactorze od samego początku dla zapobiegliwości każdego chłopaka  traktowałam jak kumpla i robiłam wszystko, żeby widzieli we mnie tylko kumpelę. I tak samo było z Tomem na planie teledysku. Tylko przy tobie... jakoś mi nie wyszło. Ale... nie wiem, czy jestem gotowa... To strasznie poplątane, nie wiem, czy zrozumiesz...
- Jasne, że rozumiem - delikatnie ujął moją dłoń. - Tym bardziej, że jeśli jest się w tym biznesie, ciężko utrzymać związek, trzeba naprawdę się starać i naprawdę chcieć, żeby to wyszło. Dlatego zrobię wszystko, żebyś wiedziała, że możesz mi w pełni zaufać.
- Nathan, dlaczego ja? - spytałam nagle.
- Słucham? - chłopak był wyraźnie zdezorientowany.
- Dlaczego ja? Dlaczego chcesz walczyć o zwykłą dziewczynę z Birmingham, kiedy mógłbyś mieć każdą ot tak o?
- Właśnie dlatego. Nie chcę każdej. Chcę ciebie, Emma - powiedział patrząc mi głęboko w oczy. Powoli zbliżył swoją twarz do mojej i kiedy już myślałam, że znowu mnie pocałuje (chciałoby się), minął moją twarz i szepnął mi do ucha: - Ale musisz bardzo mi ufać, żebym powiedział ci dlaczego.
- No weź! - tupnęłam zdrową nogą.
- Sorry, Emma, takie są reguły - uśmiechnął się.
- Reguły, tak? Już ja ci pokażę, jak w to się gra. Tymczasem, jak już tu jesteś, to przydaj się na coś i zrób mi sweet zdjęcie z nogą w gipsie - podałam mu telefon.
- Bycie służącym to nie część procesu zdobywania zaufania - stwierdził z przekąsem biorąc ode mnie komórkę. - Uśmiechnij się.
Zamiast tego wygięłam usta w podkówkę, a zdjęcie dodałam na twittera z podpisem:

Nawet mimo tego, Dublin - było świetnie! 

- Więc... - zaczęłam od nowa nawiązywać konwersację. - Jakie macie plany na teraz?
- Do końca tygodnia mamy wolne, potem wiadomo, festiwale, promocja "Walks Like Rihanna", kilka dni wolnego, potem jedziemy do Stanów, mamy tam małą trasę i tak w kółko...
- Wow, bardzo... intensywnie... Ile będziecie w Stanach?
- Jakiś miesiąc, półtora.
Mina mi zrzędła...
- Teraz już rozumiem, dlaczego związek w tym biznesie wymaga pracy.
- I zaufania - podkreślił Nathan. - A ty? Co robisz, kiedy już wrócisz do Londynu?
- Jutro jest środa, tak? Do piątku na pewno muszę zostać w Londynie, mam sprawy w wytwórni i managemencie, Iris obiecała, że postara się puścić mnie na weekend do domu, zawsze lepiej siedzieć z rodziną niż samemu w mieszkaniu w Londynie. Zobaczę, ile będę mogła zostać, potem mam kilka festiwali, na kilku nawet spotykam się z wami, potem promocja singla, potem premiera płyty, co może być trochę kłopotliwe biorąc po uwagę fakt, że nie mam jeszcze okładki, a z nogą w gipsie może być z tym problem... W sierpniu mam mieć zasłużone wakacje, pod koniec znowu kilka festiwali, a potem nie wiem... Chciałabym jeszcze w tym roku zrobić własną trasę, management już planuje wysłać mnie do USA... Dużo tego.
- Mogę dać ci jedną radę - powiedział Nathan. - W tym całym zamieszaniu i wirze pracy, nie pozwól managementowi tobą rządzić. Mogą ci pomagać, załatwiać występy, robić PR, ale nie mogą rządzić twoim życiem...
- Zapamiętam...


Sporą część nocy przegadaliśmy o wszystkim i o niczym, nawet nie wiem, kiedy zasnęłam, pewnie dlatego obudziłam się ciuchach, wiem za to, że to Nathan nakrył mnie kołdrą, co było naprawdę słodkie.
Wyłączyłam budzik i poczłapałam do łazienki. Wzięcie prysznica w moim stanie było ciężkie, starałam się jak mogłam nie zachlapać gipsu i nie wlać wody do środka, co poskutkowało powodzią na podłodze.
- Trudno - mruknęłam. - Wóz albo przewóz.
W szlafroku poczłapałam do walizki. Możliwości mojego ubrania się były dosyć ograniczone, wiadome było że nie wcisnę  na siebie np. rurek, ale szczęśliwie było na tyle ciepło, że mogłam ubrać krótkie spodenki. Bluzka, conversy (a raczej jeden) i byłam gotowa, bez szału, chcę tylko dostać się do samolotu. Na szybko się pomalowałam, włosy luźno związałam. Wygrzebałam nawet plecak, który całe trzy tygodnie leżał nieużywany w walizce, ale w tych okolicznościach był poręczniejszy niż torba. Wpakowałam do środka portfel, słuchawki, dokumenty, książkę, którą i tak wątpię, że będę czytać i jakieś pierdółki. Rozległo się pukanie do drzwi.
- Nosz, kogo do cholery niesie... - zaklęłam pod nosem. - Człowiek o kulach chodzi, to go jeszcze przegonią przez cały pokój. O hej - uśmiechnęłam się.
- Hej - Nathan odpowiedział z uśmiechem. - Mam dla ciebie to - pokazał mi sok pomarańczowy i dwie kanapki - ale żebyś je dostała, musisz gdzieś ze mną pójść.
- Nath, błagam cię, chodzenie o kulach nie należy do przyjemności.
- Chodź, nie marudź, wszyscy spotykają się u Maxa, absolutnie wszyscy i noga cię z tego nie zwalnia.
- To niesprawiedliwe - burknęłam zamykając za sobą drzwi.
- Chodź, to tylko koniec korytarza, a śniadanie samo się nie zje.
- Idę, przecież idę, w takim stanie trochę to trwa...
W końcu doszliśmy na miejsce, faktycznie byli wszyscy. Mówiąc wszyscy mam na myśli naprawdę wszystkich, mój skład, The Wanted, ich zespół, ekipę techniczną, wszystkich.
- Dobra, skoro jesteśmy już wszyscy, to możemy zaczynać - powiedział Jay.
- Chwila, Nathan, moje jedzenie - wyciągnęłam rękę po śniadanie i usiadłam na wolnym fotelu.
- Trasa koncertowa, zwłaszcza ta, ale dwie poprzednie też, to nie tylko ja, Jay, Siva, Nathan i Tom - zaczął Max - ale też nasz zespół, ekipa techniczna, a teraz też Emma i jej zespół, Iris i Ben. A ponieważ nie wiemy, jak to będzie w przyszłości, najważniejsze jest, żeby oprócz wspomnień mieć coś na pamiątkę i oto mamy dla was - wyciągnął zza pleców wielki karton - tadam! Takie oto wspaniałe bluzy. Z tyłu " The Wanted Arena Tour II", z przodu po lewej stronie imię.
- O, to takie słodkie - powiedziała Holly.
- Emma, to twój karton, obdaruj wszystkich - Nathan podsunął mi stos bluz. - My mamy swoich ludzi do obdarowania.
- Dobra, czynię powinność - odłożyłam na bok kanapkę i wyciągałam pokolei bluzy. - O, ta moja, jak miło - pierwszą bluzę założyłam na siebie. - Iris. Holly. Mollie. Shay. Amelia. Josh. Dan. Oliver. Matt. I na końcu oczywiście Ben. Voila!
-  Emma... - przed nosem stanęła mi Iris z kamerą.
- Fajową mam bluzę, no nie? - koślawo wstałam z krzesła, obróciłam się plecami, potem pokazałam swoje imię z przodu po lewej stronie. - Chłopcy są tacy słodcy, wszyscy takie dostali. Chociaż ja powinnam dostać dwie na otarcie łez - pokazałam palcami na swoją nogę. - Więc wczoraj, po ostatniej wspólnej piosence z The Wanted, szłam sobie do garderoby, zaraz za sceną jest dosyć ciemno i tak się stało, że potknęłam się o kable i bam! Trzy tygodnie w gipsie. O dzwoni mama, pewnie znowu przeczytała coś na mój temat - dałam znak, żeby przestała nagrywać. - Halo?
- Coś ty sobie dziecko zrobiła?
- O rany... - westchnęłam i streściłam całą historię, zapewniłam, że oprócz oczywistego skręcenia nic mi nie jest, i że do domu przyjadę najprędzej w piątek wieczorem. Mama stwierdziła, że nie będę tłukła się pociągami jako kaleka i tato przyjedzie po mnie do Londynu. Co nie powiem, było mi bardzo na rękę.
- Uwaga! - powiedział Paul, tour manager. - Za pół godziny wszyscy widzimy się na dole, przyjadą po nas samochody, które zawiozą nas na lotnisko. I ani minuty spóźnienia, bo samolot nie będzie czekał.
Wszyscy rozeszli się do pokoi, ja trochę wolniej niż reszta, ale przynajmniej na spokojnie dokończyłam pakowanie, zadowolona, że ładnie wyrobiłam się z czasem, dokończyłam jedzenie i już chciałam schodzić na dół, kiedy uświadomiłam sobie, że plecak, walizka, torba podróżna na ramię i kule, to zbyt wiele. Ale wtedy jak na zbawienie pojawił się Josh.
- Schodzę już na dół, pomóc ci z torbami? - spytał.
- Z nieba mi spadłeś - uśmiechnęłam się.
- Dobra, ty weź plecak, ja wezmę torby - powiedział.
- Dasz radę zabrać się jeszcze ze swoimi... swoją - poprawiłam się - walizką. Spakowałeś się w jedną walizkę na trzy tygodnie?
- Nie wszyscy potrzebują drugiej torby na buty - uśmiechnął się złośliwie.
- Idź, zanim cię zwolnię - powiedziałam zakładając plecak na plecy.
Schowałam telefon do kieszeni i poszłam z Joshem do windy.
- Więc... Nie ściemniaj mi, bo ze mną to nie przejdzie, co z tobą i Nathanem? - spytał, kiedy drzwi zamknęły się.
- A co ma być? - odpowiedziałam patrząc w drugą stronę.
- Tak się składa, że zapomniałaś wziąć swojej kopii zdjęć z fotobudki - Josh z kieszeni wyciągnął zdjęcia moje i Nathana z moich urodzin.
- Josh, to tylko zdjęcia, jesteśmy przyjaciółmi - powiedziałam szybko chowając je do plecaka. - Poza tym, czemu nie oddałeś mi ich wcześniej?
- Czekałem na odpowiedni moment. Em, jesteś dla mnie jak młodsza siostra. A ze zdjęć można wiele wyczytać, i to jak na siebie patrzycie... Nie znam się, ale ludzie mówią mi, że tak patrzę na Alice.
- To skomplikowane - spuściłam głowę.
Na moje zbawienie drzwi otworzyły się na parterze i jak na kogoś o kulach wyszłam z windy w ekspresowym tempie.
Załatwiłam formalności w recepcji, powoli poszłam do samochodu i spokojnie sobie siedząc czekałam na resztę. Po standardowej kilkuminutowej obsuwie pojechaliśmy na lotnisko, gdzie po kolejnym milionie formalności w końcu znalazłam się na pokładzie samolotu do domu. No, do Londynu. Nie nazywam domem nie swojego mieszkania, w którym nie mogę wbić nawet gwoździa w ścianę. Wkrótce wylądowaliśmy na lotnisku, gdzie czekało mnóstwo fanów, dostałam nawet parę pluszaków za chorą nóżkę.
- Emma, auto czeka, zawiezie cię do mieszkania, jutro widzimy się u mnie w biurze, dzisiaj odpocznij - poinformowała Iris.
- Jasne, już idę - pożegnałam się ze wszystkimi i poczłapałam do auta, gdzie jakimś cudem moje walizki trafiły szybciej ode mnie.
Szybko dostałam się do mieszkania, pan kierowca wniósł mi nawet torby na górę, zdjęłam buty... znaczy buta, stolik podsunęłam bliżej kanapy, usiadłam i postawiłam na nim zagipsowaną nogę. Siedziałam w ciszy i było mi bardzo dobrze przez jakieś trzy minuty, zanim zorientowałam się, że prawdopodobnie nie mam nic do jedzenia. Czego się spodziewałam, nie było mnie tu trzy tygodnie... Szurając nogą po podłodze doszłam do kuchni, gdzie po przetrząśnięciu lodówki i wszystkich półek odkryłam, co następuje: dwie puszki coli, płatki (do których nie mam mleka), ryż (do którego nie mam... nic), nutellę i przeterminowany jogurt, który w środku pewnie zaczął już żyć własnym życiem.
- Iris, Iris, Iris, Iris... - mruczałam pod nosem, szukając telefonu w plecaku, żeby zadzwonić właśnie do managerki, niech mi zorganizuje jakieś jedzenie.
Jednak szybszy ode mnie okazał się dzwonek do drzwi.
- Chwila, już idę! - odkrzyknęłam i powoli poszłam otworzyć.
- To się nazywa stalking i jest karalne - powiedziałam widząc Nathana.
- Więc tak mi się odwdzięczasz... - powiedział wchodząc do środka.
- Odwdzięczam za co? - spytałam zamykając za nim drzwi.
- Za troskę. Co ci kupić?
- Kupić co?
- Do jedzenia - popukał mnie palcem w czoło.
- O rany, nawet ty pamiętałeś, że pewnie mam pustą lodówkę?! - w duchu dziękowałam mu za to.
- Podziękujesz później, co ci trzeba?
- Usiądź sobie, bo to trochę zajmie - z szuflady wyjęłam notes i długopis i zaczęłam notować.
Skoro oferują trzeba korzystać, a na czym  jak na czym, ale na wykorzystywaniu ludzi to ja się znam, jak nikt inny.
- Em, mogłabyś pamiętać, że mam tylko dwie ręce? - spytał Nathan zaglądając mi przez ramię na listę zakupów.
- Nath, mógłbyś pamiętać, że nie jestem w stanie pójść do sklepu przez następne trzy tygodnie?
- I co, chcesz załatwić prawie miesięczne zakupy za jednym razem?!
- Nie, to tylko do piątku, na weekend jadę do Birmingham.
- Daj mi już tą listę - wyrwał kartkę z notesu i ruszył do wyjścia.
- Dziękuję, zrobię ci pyszną herbatę! Znaczy, jak kupisz mleko... - krzyknęłam za nim.
Wróciłam na kanapę, miałam dobre 30 minut, żeby poukładać sobie pewne rzeczy w głowie. Nie chciałam niczego przyspieszać, wolałam, kiedy wszystko działo się powoli, swoim tempem. Nathan był taki słodki i kochany, wiadome, że chciał pokazać, że mu zależy i tak dalej, nikt inny nie przyjechałby robić mi zakupów. W sumie, nie wiem, czy jest sens zaczynać coś teraz, kiedy niedługo The Wanted jadą do USA, a ja będę w Anglii... Tak, trzeba przeczekać ten okres. Jeśli coś ma z tego wyjść, to wyjdzie...



Heeej :)
Przepraszam, że tak długo, ale miałam trochę na głowie, dwa długie weekendy (a kiedy jestem w domu, jakoś nie mam jak pisać), kolokwium, wczoraj uczyłam się na poprawę, jak się okazało jednak niepotrzebnie :) i tak jakoś czas ucieka mi przez palce. I to dosłownie. Ostatnio zauważyłam z koleżanką, że kiedy byłyśmy młodsze (młode i piękne :D), miałyśmy czas na wszystko, a teraz... Przyjeżdżam do domu w piątek, wyjeżdżam w poniedziałek rano, zawsze biorę ze sobą jakąś książkę czy zeszyt, żeby się pouczyć, ale nigdy nie mam na nic czasu. Pewnie to kwestia złej organizacji, ale cóż taki już mój urok ;)
A jak Wam leci rok szkolny/akademicki/jakikolwiek? :)

Na dniach postaram się nadrobić zaległości w blogach :) xx