środa, 23 kwietnia 2014

40. Nie mogę na ciebie patrzeć.

Nathan i Ariana. Całowali się. Odsunął się od niej, a sekundę później drzwi, którymi weszłam trzasnęły. Wtedy odwrócił się w moją stronę i pobladł, jakby zobaczył ducha.
- Emma... - powiedział cicho.
Pokręciłam głową, odwróciłam się i zaczęłam biec, aż wpadłam wprost na Matta.
- Właśnie szedłem powiedzieć ci, że my zwijamy do hotelu, ty możesz zostać z chłopakami jak... Em, wszystko gra? Dobrze się czujesz, jesteś blada jak ściana.
- Trochę słabo mi - przyznałam.
- Chodź na powietrze - powiedział.
Akurat staliśmy obok bocznych drzwi, więc pchnęłam je i szybko wyszłam na zewnątrz, Matt zrobił coś na telefonie, schował go do kieszeni i usiadł obok mnie na betonie.
- Wszystko ok?
- Nie - odpowiedziałam. I nie chodziło mi tylko o moje roztrzaskane na milion kawałków serce. - Rozmazujesz mi się. I słabo mi.
- W takim razie, chociaż nie będziesz zadowolona, dobrze, że zrobiłem, to co zrobiłem.
- Co zrobiłeś? - spytałam, ale przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. - Nie - jęknęłam. - Tylko nie Iris.
- Sorry.
Wtedy drzwi otworzyły się i cała banda wypadła na zewnątrz.
- Emma? Emma? Słyszysz mnie? - zapytała Iris.
- Mam tylko zamknięte oczy, nie umarłam - powiedziałam cicho.
- Mollie, daj swoją wodę - powiedziała, po chwili poczułam, jak butelka dotyka moich ust. Zrobiłam kilka łyków.
W międzyczasie poczułam czyjąś rękę na nadgarstku i usłyszałam, jak Oliver oddala się rozmawiając przez telefon.
- Ollie, jeśli dzwonisz na pogotowie oficjalnie cię nienawidzę i nie jesteś już moim ulubionym keybordzistą - wymamrotałam.
- Trzeba cię pilnować jak małe dziecko - mruknęła Iris.
Drzwi z hukiem się otworzyły i usłyszałam znajomy, obecnie znienawidzony głos:
- Co się dzieje?
Otworzyłam oczy i zobaczyłam Nathana. Emocje mają ogromną moc. Moja złość, na przykład, dała mi siłę, żeby podnieść się na równe nogi, chociaż parę sekund temu nie miałam siły mówić.
- Emma, co ty... - Matt i wszyscy inni zaczęli protestować.
- Czy możecie zamknąć się i dać mi spokój? - warknęłam.
Zrobiłam kilka kroków, aż zrobiło mi się ciemno przed oczami...

Obudziłam się w karetce, poczułam coś na ręce, automatycznie chciałam to zerwać.
- Hola, hola - poczułam rękę łapiącą mnie za dłoń.
Otworzyłam oczy, zobaczyłam ratownika medycznego, który powstrzymał mnie przed wyrwaniem wenflonu z ręki.
- Co to? - spojrzałam na kroplówkę.
- Witaminy.
- Historia lubi się powtarzać - mruknęłam. Rozejrzałam się po samochodzie. - Gdzie Iris?
- Szatynka, która próbując przekonać kogoś do swoich racji wymachuje na lewo i prawo ręką, w której trzyma iPhone'a i powtarza "jestem jej managerką"?
- Tak.
- Nie mogliśmy jej wziąć nie jest z rodziny - odpowiedział.
- Jest moją managerką! - jęknęłam.
- Nie jest z rodziny - powtórzył, jak zacięta płyta.
Westchnęłam.
- Długo będziecie mnie trzymać?
- Prawdopodobnie... tak.
- Słucham?
- Omdlenie, ledwie wyczuwalne tętno, uderzenie w głowę, trupia bladość... - zaczął wyliczać.
- Jestem Brytyjką. Bladość mam we krwi - powiedziałam.
- Inne rzeczy nie.
Na tym rozmowa się skończyła. Zaczęłam odtwarzać w pamięci wszystko, co stało się, zanim zemdlałam... Zacisnęłam mocno wargi, żeby się nie rozpłakać i patrzyłam tępo przed siebie.
Po kilku minutach dojechałam na miejsce, pobrano mi krew, zrobiono prześwietlenie, podano nową kroplówkę i kazano czekać w pokoju. Położyłam się na boku i patrzyłam przed siebie, nie wiem, kiedy po policzku popłynęła mi pojedyncza łza. Drzwi do sali otworzyły się, otarłam ją szybko wierzchem dłoni i obróciłam się.
- Jeszcze jeden taki numer i odchodzę - powiedziała siadając na krześle obok łóżka.
- Kiedy mnie wypuszczą? - spytałam.
- Prawdopodobnie dopiero rano.
- Co?!
- Szpital w Manchesterze przesłał im twoją kartę, wiedzą, że to nie pierwszy raz, zatrzymają cię na obserwacji.
- Świetnie - mruknęłam. - Kup mi na jutro bilet - powiedziałam po chwili ciszy.
- Bilet gdzie?
- Do Londynu.
- Emma, mamy samolot za trzy dni.
- Po prostu zrób to - obróciłam się do niej tyłem powstrzymując się od płaczu.

Rano lekarz powiedział mi, jak beznadziejne są moje wyniki, że mam się wziąć za siebie, jeść zdrowo i regularnie, nie przemęczać, przepisał jakieś witaminy i wypisał mnie do domu.
Przez całą drogę nie odzywałam się, w hotelu wzięłam z recepcji kartę do mojego pokoju, ruszyłam w kierunku windy, kiedy Iris złapała mnie za rękę i zaczęła ciągnąć w drugą stronę.
- Co ty robisz? - spytałam.
- Najpierw śniadanie - odparła i wylądowałyśmy w restauracji.
Zamówieniem śniadania dla mnie zajęła się oczywiście Iris, bo ja najwidoczniej nie umiem tego zrobić.
- Kupiłaś mi bilet? - spytałam.
- Emma, o co cho...
- Prosiłam tylko o wcześniejszy bilet do domu - powiedziałam przez zęby, ale spokojnie.
- Tylko kiedy powiesz mi, o co chodzi - uparła się.
- Iris, to ty pracujesz dla mnie, nie ja dla ciebie - wiem, zabrzmiało to ostro i wyszłam na sukę, ale nie miałam ochoty na jej psychologiczne bzdety. Wzięłam ostatni kęs do buzi i ruszyłam do windy. - Aha, bilet na dzisiaj - dodałam na odchodne.
Czekałam na windę, drzwi się otworzyły i wypadł z niej cały mój zespół. Świetnie, tylko tego mi było trzeba.
- Em, jak się czujesz?
- Wszystko dobrze?
- Co ci powiedzieli w szpitalu?
- Ta, wszystko gra, mam po prostu wziąć się za siebie - odpowiedziałam na lawinę pytań. - Wiecie, Iris dalej je, pogadajcie z nią, na razie - szybko wyminęłam ich, weszłam do windy, wcisnęłam przycisk i pojechałam na górę.
Szybko, ale cicho przemknęłam do mojego pokoju, zamknęłam drzwi, oparłam się o nie i powoli osunęłam się na ziemię. Tarcza, którą zbudowałam wokół siebie, żeby nie rozryczeć się wśród ludzi, zaczęła pękać, teraz byłam sama. Podniosłam się na nogi, rozebrałam i poszłam pod prysznic. I tak się zaczęło. Stałam, a z oczu niekontrolowanie leciały mi łzy, szlochałam tak bardzo, że nie mogłam wziąć oddechu. Czułam do siebie wstręt, miałam ochotę zdrapać z siebie każdy kawałek skóry, którego kiedykolwiek dotknął Nathan.  Nienawidziłam siebie, nienawidziłam jego, nienawidziłam całego świata, miałam ochotę położyć się w łóżku i zostać tam na zawsze. Tak też zrobiłam. Ubrałam się w dresy i położyłam. I dalej płakałam. Po chwili usłyszałam pukanie do drzwi. Nie zamierzałam podnosić się, ani otwierać.
- Emma, to ja, otwórz! - usłyszałam Iris. - Wiem, że tam jesteś.
Dobra, niech jej będzie, byle tylko przestała się drzeć pod tymi drzwiami, zanim Sykes usłyszy.
Wstałam otworzyłam drzwi i z powrotem położyłam się do łóżka.
- Emma - zaczęła spokojnie. - Kupię ci ten bilet, ale musisz mi powiedzieć, co się dzieje... - usiadła obok mnie.
- Po prostu chcę... wrócić do domu - głos mi się załamał i rozpłakałam się.
- Em?
- Nie chcę tu być, Iris - wyszeptałam.
- Ale... co się stało?
Nie mogłam jej powiedzieć, czułam wstyd i wstręt.
- Proszę, Iris - powiedziałam przez łzy.
- Dobrze, zobaczę, co dam radę załatwić - pogłaskała mnie po głowie i podniosła się do wyjścia.
- Weź mój laptop i zrób to tutaj - powiedziałam spokojniej, chociaż po policzkach dalej leciały mi łzy.
- Dobrze - Iris wzięła komputer i znowu usiadła na łóżku. Oparłam się o nią głową i płakałam nie wydając żadnego dźwięku. - Jest samolot o osiemnastej.
- Idealnie - powiedziałam cicho.
- Zrobione - powiedziała po chwili. - Zejdę do recepcji, żeby wydrukowali mi kartę pokładową.
- Iris... - zawołałam, kiedy już stała w drzwiach. - Nie mów nic nikomu, dopóki nie wylecę.
Przyglądała mi się uważnie przez chwilę.
- Dobrze - pokiwała głową i wyszła.
Położyłam się na boku i zamknęłam oczy. Skupiłam się na swoich oddechu, żeby przestać ryczeć. Wydaje mi się, że zasnęłam, w każdym bądź razie, obudziło mnie pukanie. Pewnie Iris wróciła z kartą pokładową.
Podniosłam się z łóżka, otworzyłam drzwi i... to nie była Iris. Wręcz przeciwnie. Nathan. Chciałam bez słowa zamknąć drzwi, ale przytrzymał je ręką.
- Muszę z tobą porozmawiać - powiedział.
- Nie wydaje mi się - powiedziałam przez zęby. - Teraz zabierz tę rękę, bo chciałabym zamknąć drzwi.
Nic z tego, próbował wejść do środka, ale tym razem ja zablokowałam drzwi stopą. Jak się mieszka samemu w Londynie, trzeba umieć sobie radzić.
- Em, to nie tak ja...
- Stop - przerwałam mu. - Jeśli powiesz "To nie tak jak myślisz", przysięgam, że wybuchnę. Tony powiedział to samo, sekundę zanim go spoliczkowałam, kiedy złapałam go z Kaylą, więc jeśli nie chcesz dostać w twarz, to daj mi spokój.
- Daj mi tylko coś wytłumaczyć.
- Co wytłumaczyć? Pozwól, że ja to zrobię. Wprawdzie nie mam w tym doświadczenia, ale "udawanie pary" - zrobiłam cudzysłów w powietrzu - nie oznacza całowania się za kulisami, bo zgadnij, nikt tam wam zdjęcia nie zrobi. Chociaż mogłam zrobić wam tę przysługę, wtedy sprzedaż na pewno by wzrosła...
- Emma, to nie...
- Nie przerywaj mi - wysyczałam. - Nie mogę na ciebie patrzeć. Kiedy tak tu stoisz, ja zastanawiam się, czy czuję większy wstręt do ciebie, czy do siebie przez to, co stało się 24 godziny zanim złapałam cię z Arianą. I chociaż wstyd mi to przyznać, to przepłakałam przez ciebie całe morze łez. Nienawidzę. Cię. Słyszysz? Nienawidzę. Nigdy, ale to przenigdy ci nie zaufam. Mam tylko w sobie na tyle dojrzałości, żeby nie odzwierciedlać mojego życia osobistego na twitterze i tym podobnych i tylko dlatego, że nie chcę jakiś dramatów i domyśleń, nie będę bawiła się w jakiś unfollowanie i tym podobne. Ale nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.
Po tych słowach odpuścił, cofnął się kilka kroków i mogłam zamknąć drzwi. Wtedy moja maska znowu opadła. Osunęłam się na podłogę i zaczęłam cicho łkać.  Weź się w garść, powiedziałam do siebie. Dwa głębokie oddechy.
Podniosłam się z podłogi, rzuciłam walizkę na łóżko i wyciągnęłam jakieś mniej zdezelowane dresy, generalnie ubrałam się bardziej do ludzi.


Chwyciłam hotelowy telefon i zamówiłam obiad do pokoju, podładowałam telefon, dokończyłam pakowanie, kiedy ktoś zapukał do drzwi, już miałam się rzucić, żeby otworzyć, ale stwierdziłam, że poczekam chwilę.
- Room service - usłyszałam.
Dobra, teraz można.
- Nie chcę zabrzmieć przemądrzale, ale od kiedy to recepcjoniści przynoszą obiady do pokoi? - spytałam wpuszczając do środka Seana, recepcjonistę, który wybawił mnie od kolesia, który pomylił pokoje dwie noce temu.
- Restauracja ma teraz ogromny ruch, a nas na recepcji jest aż za dużo - powiedział wjeżdżając z obiadem do środka.
- Okej. Tak czy inaczej dziękuję. Za obiad i za to dwie noce temu.
- Wykonuję tylko swoją pracę. Może to nie mój interes, ale... wszystko w porządku?
Rzygałam tym pytaniem. Wszyscy do oporu pytali mnie o to, kiedy rozstałam się z Tony'm, a teraz znowu to samo...
- W zasadzie to... nie - odpowiedziałam. - Ale wracam dzisiaj do domu - wskazałam na spakowane torby - więc z czasem będzie lepiej - uśmiechnęłam się słabo.
- Rozumiem. W takim razie, życzę smacznego - Sean wskazał na tacę z obiadem i wycofał się do wyjścia.
- Dziękuję - powiedziałam i kiedy drzwi się zamknęły zabrałam się za jedzenie.
Mięso, sałatka, ryż, Iris byłaby zadowolona, gdyby widziała mój obiad. Z resztą, zobaczyła go, bo jak tylko wzięłam pierwszy kęs do ust, zaczęła dobijać się do pokoju.
- Twoja karta - podała mi kartę papieru do ręki.
Złożyłam ją i wsadziłam do tej samej kieszeni w plecaku, co paszport.
- Nie powiem nic nikomu do osiemnastej, ale potem, kiedy będą pytać, poinformuję tylko, że poleciałaś do domu, bo tak chciałaś - dodała.
- Dobra - odpowiedziałam i powoli drobiłam obiad.
Było pyszne, chciałam to zjeść, ale nie mogłam...
- Iris, chcę to zjeść, ale nie mogę - westchnęłam.
- Rozumiem. Po prostu zadbaj o siebie w Londynie.
- Jasne - pokiwałam głową.
- Zamówiłam ci taksówkę, zaraz będzie na dole.
- Więc chyba pora się wymeldować - stwierdziłam.
Iris pomogła mi z walizkami, zjechałyśmy windą na dół, wymeldowałam się i przyjechała taksówka.
- Zadzwonisz sama do rodziców, czy ja mam to zrobić? - spytała.
- Zrobię to z taksówki - skłamałam.
Nie zamierzałam dzwonić do rodziców, ani jechać do Birmingham. Myślą, że jeszcze trzy dni będę w Los Angeles i niech tak zostanie. Potem wymyślę, że mam robotę w Londynie. Chciałam spokoju, nie potrzebowałam wszystkim dopytujących się, co mi się dzieje.
Uściskałam Iris i weszłam do taksówki. Trzy godziny później byłam już wysoko nad ziemią. Zjadłam dwie paczki orzeszków, wsadziłam słuchawki do uszu i zamknęłam oczy. Obudziłam się kilka razy w trakcie lotu, ale generalnie cały przespałam. Całe lotnisko przeszłam z okularami na oczach, złapałam taksówkę i pojechałam do mieszkania, gdzie... tak, zamknęłam drzwi, rzuciłam torby, zdjęłam buty i poszłam spać.

Obudziłam się o szóstej, podeszłam do lustra. Wyglądałam jak siedem nieszczęść. Poduszka odciśnięta na twarzy, oczy  całe zapuchnięte, czarna koszulka cała oblazła mi pościelą... Pokręciłam głową, westchnęłam i podeszłam do walizki. Wyciągnęłam z niej stare, dobre dresy, choć w nie najlepszym stanie i poszłam wziąć prysznic. Stałam pod wodą całą wieczność i gapiłam się w ścianę. Już nie miałam sił płakać. Później zamówiłam chińszczyznę, ale... nie mogłam. Wzięłam jeden kęs i czułam, że jeśli zjem chociaż gram więcej, zwymiotuję. Podeszłam do tablicy korkowej, na której miałam przyczepione mnóstwo zdjęć. W tym z Nathanem. O dziwo nie poczułam nienawiści czy niechęci. Poczułam się słaba. Samotna.
Co jeśli... Co jeśli to faktycznie nie było to, na co wyglądało? Może coś mi się przewidziało? Może moja wyobraźnia z przemęczenia płatała mi figle?
Moje dziwne rozmyślania przerwały wibracje telefonu.
- Cześć, Iris - starałam się brzmieć normalnie.
- Jezu, czemu nie dałaś znać, że jesteś w domu, zamartwiałam się.
- Przepraszam, byłam zmęczona, zapomniałam - strasznie dużo kłamię ostatnimi czasy.
- Dzwoniłaś do rodziców?
- Tak, tato dzisiaj po mnie przyjedzie - znowu kłamstwo.
- Okej, trzymaj się.
- Pa - rozłączyłam się.
Odczepiłam zdjęcia od tablicy i wzięłam je ze sobą do łóżka. Nathan zranił mnie, to było niezaprzeczalne i niepodważalne. Tylko dlaczego czułam się taka... pusta. Jakby brakowało we mnie jakiegoś elementu układanki.
Nie wiem jak, nie wiem czemu i po co, ani nawet kiedy wzięłam do ręki telefon i wykręciłam jego numer. Jednak kiedy usłyszałam jego "Halo" w telefonie poczułam jakieś ciepło w sobie. Dopiero, kiedy powiedział "Emma?" ocknęłam się i wróciłam do żywych. Szybko się rozłączyłam.
- Czemu jestem taką idiotką? - pacnęłam się w czoło.
Moje wyzywanie samej siebie przerwał dzwoniący telefon. Nathan. Co mam robić? Co mam robić? Wzięłam głęboki oddech i odebrałam.
- Tak? - spytałam.
- Dzwoniłaś do mnie - powiedział.
- Ta, przez przypadek. Miałam telefon w tylnej kieszeni i jakoś samo się zadzwoniło - brzmiałam jednocześnie obojętnie i ostro.
- Aha, okej.
- No to cześć - rozłączyłam się szybko.
Położyłam się na skos na łóżku. Głowę miałam na poduszce, na której spał Nathan, kiedy nocował u mnie, jak była burza. Czemu mój mózg przypomina sobie takie rzeczy?!
Koniec, trzeba wyjść. Przebrałam się z powrotem w moje wyjściowe dresy i podeszłam do lustra.
- No, śmiało Em. Uśmiech - powiedziałam, po czym wygięłam usta w dziwny łuk. Ani to wyglądało naturalnie ani ładnie.
Jeszcze jedna próba. Wyglądam, jakby jadła coś ohydnego. To bez sensu. Po co mam się uśmiechać. Wzięłam okulary i portfel i wyszłam do sklepu na zakupy. Kręciłam się między regałami bez celu dobre pół godziny, aż doszło do mnie, że dobrze byłoby wrzucić coś do koszyka. Naprawdę chciałam wziąć się za siebie, dlatego kupiłam i zdrowe i śmieciowe jedzenie w proporcjach pół na pół. I butelkę wina. No dobra, dwie. I sześciopak piwa.
Wróciłam do domu, wypakowałam zakupy, przebrałam się w domowe dresy i włączyłam komputer. Zaczęłam przeglądać strony wszystkich możliwych szmatławców, pocieszając się, jakie głupie plotki chodzą o innych, kiedy o mnie nikt nic nie wie. A przynajmniej tak mi się wydawało. Zjeżdżałam w dół strony The Sun, aż zobaczyłam nagłówek "Played with love got Emma brokenhearted"*. Słucham?
Zakup premium członkostwa na stronie kosztował mnie jakieś grosze, ale musiałam zobaczyć ten artykuł zanim ukaże się w jutrzejszej gazecie.

Praktycznie od samego początku mówi się o domniemanych związkach Emmy Collins (19), a to z Nathanem Sykesem (20), a to z Tomem Daleyem (19), ale cała trójka, jak jeden mąż wszystkiemu zaprzecza. Tymczasem Emma, która mogłoby się wydawać, jeszcze przez kilka dni miała być w Los Angeles, niespodziewanie przyleciała wczoraj do Londynu i, przepraszamy, nie wyglądała najlepiej. Tom Daley w tym czasie jest na zawodach z Meksyku, ale to nie o niego tutaj chodzi. Otóż Emma nie była w LA sama i nie mamy tu na myśli jej zespołu, czy managementu. Dużo czasu spędzała właśnie z Nathanem, który z zespołem zatrzymał się nawet w tym samym hotelu. Tak, jak u nas plotkuje się o romansie tej dwójki, tak w Ameryce media spekulują na ten związku Nathana i Ariany Grande, z którą ostatnio nagrał duet, który ostro promują w całych Stanach nie szczędząc sobie przy tym słodkich spojrzeń na scenie. Czy więc nagły powrót Emmy oznacza, że amerykańskie media miały rację? Czy Nathan zmęczył się walką o względy słodkiej blondynki z przyjacielem i zajął się Arianą Grande? Emma zawsze wychwalała muzykę zespołu Lawson, w tym ich ostatni singiel "Brokenhearted", który najwidoczniej bardzo dobre opisuje jej stan.

Gapiłam się w ekran, jak głupia. Co. Za. Szuje. Trzasnęłam laptopem i rozpłakałam się. Jak oni śmieli. Nienawidzę prasy. Nienawidzę dziennikarzy. Nienawidzę ludzi wtykających nos w nieswoje sprawy. Chciałabym zapaść się pod ziemię, gdzie nie dochodziłyby do mnie żadne głosy z zewnątrz...
Wzięłam lody z zamrażalnika i powoli jadłam je, z czasem zrobiła się z nich mało apetyczna papka, ale mi to nie przeszkadzało. Nawet nie wiem, kiedy zrobiła się 23. Zgasiłam światło i chciałam iść spać. Byłam tylko ja i cztery ściany. Absolutna cisza, mimo to nie mogłam zasnąć. Spojrzałam na zegarek. Kiedy zrobiła się pierwsza?! Wzięłam słuchawki, puściłam cicho muzykę i zamknęłam oczy, to powinno pomóc. Nie pomogło. Zapomniałam, że mam na telefonie wersję "Almost Is Never Enough", którą nagrałam z Nathanem. Tak, nie trzeba mi było wiele, znowu po policzkach zaczęły lecieć mi łzy.


*Parafraza wersu z "Brokenhearted" Lawsona ;)


Ekhem... Hej, czy coś. 
Wiem, że długo mnie nie było i tak dalej, pisałam już wyjaśnienie na pierwszym blogu, nie mam siły się powtarzać, ale za to zdradzę Wam parę szczegółów, co planuję ;) Taka nagroda za Wasze czekanie. Dwa, trzy rozdziały będą jeszcze takie łzawe, potem może trochę przymulone, ale później Emma wróci z podwójną siłą ;)